23.10.2022 r.
Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – lasem nad Chodczą do Marzysza – Znojów – przez las do Borkowa – ognisko nad Belnianką – Słopiec – Kranów – Mójcza – Kielce. Dystans 50 km, wzięło udział 14 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.

Nie ma lepszej pory na zakańczanie czegokolwiek, niż lekko smutny anturaż złotej jesieni. Październikowa przyroda w każdym miejscu pobudza estetyczne zmysły, bo przecież trudno się poruszać na rowerze nie rozglądając się choć trochę, zależnie od poglądów, w prawo lub w lewo.
Rankiem zachmurzone niebo nie rokowało najlepiej, jednak już koło południa słońce ujawniło feerie złotych kolorów. Trzeba przyznać, że Andrzej poszukał ciekawego miejsca na ognisko. Jeśli dodać, że nawet Leszek jeszcze tam nie był, znaczy że ogniskowaliśmy w terenie dziewiczym… Na początku było lekko nerwowo, z uwagi na teatralne plany Ani. Kto zna życie ten wie, że w takich sytuacjach kobiety są zawsze w niedoczasie. Wiadomo, kilka sukienek trzeba przerzucić, nim się dobierze do nastroju dnia tę właściwą… Nie mówiąc już o wyborze obuwia, makijażach i tym podobnych czynnościach. Znając jednak organizacyjną sprawność naszej koleżanki jesteśmy pewni, że zdążyła ze wszystkim. Ci, bez kulturalnych planów, kontynuowali pobyt podkładając patyczki do symbolicznego ogniska, w którym przy odrobinie wysiłku można było upiec nawet dwa ziemniaki. Wcześniej jednak przyszło nam oglądać to co zostało z niewielkiego strumyczka Chodcza. A nie zostało nic, bo przecież suchego korytka strumykiem nazwać nie sposób. Podobno to wina bobrów, ale wszyscy wiemy, że dziesiątkami takich strumyczków płacimy teraz za te lata całorocznego ciepła, które było dla przyrody niczym bal na Titaniku… Dobrze, że Andrzej nam to pokazał, chociaż nie wiem czy powinniśmy się biczować za globalne grzechy… Na szczęście słoneczny dzień jesienny to dobre antidotum na ekologiczne rozterki.
Trudno jest mówić o doznaniach estetycznych nie w swoim imieniu, zatem na zakończenie kilka jesiennych refleksji oczywisto – banalnych.
Złota jesień jest piękna sama w sobie. Ze względu na efemeryczną naturę, jest ciut nostalgiczno – melancholijna w odbiorze. To pora, która inspiruje artystów – od Vivaldiego po Staffa, choć jest trudna dla malarzy, bowiem podstępnie zaciera granice między pięknem a kiczem. Barwy jesieni są tu trochę jak jeleń na rykowisku; w naturze piękne, na obrazie już niekoniecznie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi, przyroda nie ma problemu z kompozycją kolorów, bo jej estetyka nie jest skutkiem arbitralnych wyborów tylko z wynika z odwiecznego porządku rzeczy.
Słowem, udana niedziela – korzystaliśmy nieśpiesznie z jesiennego piękna bez ograniczeń i bez biletów…

Tekst MS, foto Dorota.
