Nie taka zima straszna…

7.02.2021 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Suków – Kielce. Dystans 20 km. Wzięli udział: Leszek – w charakterze prowadzącego, Rysio – pierwszy zastępca prowadzącego, Krzysiek – koordynator całości przedsięwzięcia, Mietek – obsługa medialna imprezy, gościnnie – Piękna Nieznajoma w charakterze pięknej nieznajomej.

Zbałamuceni ciepłymi zimami, konstatujemy ze zdziwieniem, że o tej porze może być zimno lub ślisko. Kiedyś pogoda była bardziej przewidywalna. Na Ponidziu na przykład od zawsze wiedzieliśmy, że gumofilce należy obuć po Wszystkich Świętych, a zzuwało się je dopiero koło Wielkanocy, jak trochę podeschło. Ostatnimi laty sezon rowerowy trwał cały rok, dlatego teraz trochę zdezorientowani, próbujemy oswajać zimowe niedogodności. Tym razem poskramialiśmy zimę poprzez zaprzeczenie, czyli udając, że jej nie ma. Zaprzeczenie to jeden z wielu psychologicznych mechanizmów obronnych, obok wyparcia, racjonalizacji itp. Ostatnio np. racjonalizacji używali celebryci zaszczepieni poza kolejnością, próbując nam wmówić, że są misjonarzami w szerzeniu wiary w dobroczynne działanie szczepionki…

Wycieczkę odbywaliśmy pod patronatem św. Ryszarda Pielgrzyma oraz św. Idziego, patrona zbłąkanych. Nie wiadomo czy wsparcie świętych, czy wspomniane przygotowanie mentalne spowodowało, że przejechaliśmy zaplanowaną trasę bezpiecznie, mimo temp. – 8oC i śnieżnej zadymki. Neutralizacja złośliwych przypadłości zimy, pozwoliła koncentrować uwagę na rzeczach ważniejszych niż obawa, aby nie prasnąć o ziemię. W tej sytuacji nawet gdyby ktoś prasnął, to oczywiście nie z winy śliskości, a z powodu zwykłego pecha…

Tekst: M.S.

Post scriptum: jak sugeruje poniższa anegdotka od Doroty, każdy sposób oswajania zimy na rowerze jest dobry

Działania antypoślizgowe

31.01.2021 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Cedzyna – Niestachów – Suków – Kielce. Dystans 25 km. Wycieczkę prowadziła Gosia, wzięło udział 5 osób w tym jeden inspektor.

Tegoroczny styczeń pożegnał nas intensywnym śniegiem. Aby jakoś ujarzmić śnieżny żywioł dla rowerowych potrzeb, opracowaliśmy ambitny projekt pod roboczym tytułem “oswajanie zimy”. Tak, tak “projekt”, a nie żadne tam banalne zadanie czy przedsięwzięcie. Jesteśmy przekonani, że modne słowo “projekt” wprowadzi Towarzystwo do elity wielkich “projektotwórców”, choćby tej klasy co pewna celebrytka, która wdrożyła projekt, nagrywając filmik z obsługi samozamykającej się deski swojego klozetu. Nasz projekt polegał na powołaniu nowej formacji turystycznej tzw. piechoty rowerowej. Nuta militarna w nazwie sugeruje, że skończyły się przelewki i postanowiliśmy przeciwstawić się zimie w sposób czynny. Piechota rowerowa preferuje mieszany typ przemieszczania się, czyli rower jedzie a rowerzysta idzie. Tak zorganizowanej formacji zaleca się podział na dwie grupy: piechota rowerowa lekka, czyli coś w rodzaju rzymskich Peltastów oraz piechota rowerowa ciężka, prowadząca rowery elektryczne niczym rzymscy Holpici. Ta ostatnia zamyka stawkę. Z zachowaniem szyku całej formacji nie będzie kłopotu, ponieważ “elektryk” Rysio i tak zawsze jedzie ostatni, a Sławek na czymkolwiek by jechał, czy cokolwiek by prowadził i tak będzie 100 merów z przodu. Nie trzeba dodawać, że proponowana chodo-jazda całkowicie eliminuje przypadki praśnięć o ziemię, umożliwiając intensywne relacje towarzyskie oraz wnikliwy podziw krajobrazu. W takim właśnie szyku planowaliśmy wziąć udział w ostatniej wycieczce, żeby dać odpór śnieżnej śliskości.

Okazało się jednak, że na wycieczkę przyjechali sami rowerowi wirtuozi i nawet przez głowę im nie przeszło, żeby skorzystać z tego genialnego rozwiązania. Po prostu wsiedli na rowery i odjechali w siną, a raczej w białą dal, ignorując wszelkie przeciwności zimy. Mało brakowało aby nasz genialny projekt – piechoty rowerowej – podzielił los wielu innych genialnych projektów dokarmianych ochoczo z unijnej kasy… Jednak wiadomość przesłana przez Andrzeja potwierdza, że skorzystał z proponowanej techniki rowerowo – pieszej dzięki czemu w pięknym stylu zdobył górę Otrocz. Poniżej jego relacja z tego wjazdo-wejścia:

Dzisiaj w annały K T R "Kigari " można wpisać drugie zimowe wjazdo-wejście na szczyt Góry Otrocz 375 m. Przy pięknej pogodzie trochę jechałem, trochę rower jechał a na koniec, po przypięciu roweru do drzewa, wejście na sam szczyt. Na szczycie krzyż ustawiony we wrześniu 2020 r w 100 rocznicę  Bitwy Warszawskiej. Zjazd trudny ale zakończony szczęśliwe. Pozdrawiam szosowców ☺Andrzej

Fotorelacje z dzisiejszych wypraw

Tekst: M.S. Foto: Gosia, Leszek, Andrzej.

P.S. Mamy w zapasie jeszcze jeden sposób pokonania śniegu przesłany przez Dorotę.


Przerwa w dostawie śniegu

24.01.2021 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Cedzyna – Leszczyny – Mąchocice – Masłów – Kielce. Dystans 30 km. Wycieczkę prowadził Sławek. Wzięło udział 8 osób.

Tegoroczny styczeń zapewne przewidział śnieżne niedogodności, ponieważ zwiększył ofertę rowerową  do pięciu niedziel. Doceniliśmy ten gest, wybierając się na ostatnią wycieczkę. Wprawdzie niezbyt tłumnie, lecz za to stosownie do epidemicznych okoliczności. Z wszechobecnej bieli ubiegłego tygodnia pozostały tylko białe wysepki, jednak dochodzą plotki, że zima jeszcze pokaże swoje białe oblicze w rozmiarze XL. Póki co styczeń, zgodnie z ostatnią klimatyczną modą, znów się przebrał w listopadowe szaty rozczarowując dzieci. Krajobrazy w takiej niby jesiennej porze urodą nie grzeszą. Śnieg jak wszystko inne, no może z wyjątkiem pogodnych kobiet, źle się starzeje. W lesie, gdzie się jeszcze miejscami przyczaił, zamiast przydać drzewom uroku, ustroił poszycie białymi liszajami.  Wraz ze świeżym śniegiem przepadła też gdzieś leśna cisza, o której Andrzej onegdaj tak pięknie pisał. Dlatego rezygnując z tej estetyki, postawiliśmy na tzw. pozaprzyrodniczą przyjemność dwubiegunową. Jest to połączenie satysfakcji z utraty kalorii podczas szybkiej jazdy, z radością wynikającą z ich uzupełniania w czasie postojów. Bilans  zdrowotny wprawdzie wychodzi na zero, lecz endorfinowy jest zdecydowanie dodatni…

Tekst  M.S., foto Leszek

Roztropność zimowa

17.01.2021 r.

Toczyłem się na zbiórkę pierwszym śladem opon przekonany, że nikt poza mną nie wyściubi nosa na rower. Moją pychę ukarał Rysio, zajeżdżając ze swadą nieco po dziesiątej. Przybył także Andrzej K. na mocno zabytkowym rowerze dając do zrozumienia, że poza rogatki się nie wybiera. Bacząc na okoliczności, odbyliśmy w parku godzinną wycieczkę w wariancie statycznym, by rozstrzygnąć kilka kwestii mających fundamentalne znaczenie dla ludzkości, po czym Rysio udał się, miejmy nadzieję, w niezbyt siną dal. Na dłuższą wycieczkę miał również ochotę mój rower. Wybiłem mu jednak to z głowy, ponieważ był przygotowany do jazdy tak jak pewna turystka, która wczoraj zdobywała Babią Górę w szortach…

Z punktu widzenia rowerzysty ostatnią niedzielę można opisać słowami: śnieżnie, mroźnie i groźnie. Rowerowy nałogowiec zapewne powie: jadę wolno, zimowo odziany, to ew. praśnięcie na śniegu jest mniej groźne niż w letnim wydaniu. Możliwe, lecz prawdopodobieństwo przyglebienia w czasie śnieżnej zimy jest o niebo większe niż latem – będzie argumentował zwolennik silnego tarcia. Skądinąd, z własnej praktyki rowerowej wiem, że groźne skutki praśnięć są mocno przereklamowane. Jednak mówiąc całkiem serio, w tym przypadku najlepiej mierzyć zamiar podług sił. Romantyczne credo “mierz siły na zamiary” proponuję zachować na majową porę i wdrażać niekoniecznie w rowerowym wydaniu…

Tekst M.S., foto – nieznajoma o pięknych oczach, w gustownej maseczce.

Między postrzeganiem a zrozumieniem

10.01.2021 r.

Wycieczka z serii – okolice Kielc – Kamieniołom Jaworznia. Dystans 27 km. Wzięło udział 11 osób, wycieczkę prowadził Andrzej.

Ostatnio realizujemy swoisty poznawczo – rozrywkowy przekładaniec wycieczkowy. Ubiegłą wycieczkę poświęciliśmy geologii. To wspaniała nauka, przede wszystkim dlatego, że jest bliską kuzynką fizyki – królowej wszystkich nauk. Wydaje się, że nauki przyrodnicze to najlepszy poligon do ćwiczenia umysłu. Skoro problematyka geologiczna, to oczywiście wycieczkę prowadził Andrzej. Tym razem do odkrywki w kamieniołomie Jaworznia lub jak kto woli do “Chelosiowej Jamy”. Swoją prelekcję zatytułował – Historia ziemi zapisana w osadach. Prelekcje Andrzeja wytwarzają, mówiąc żartobliwie, coś w rodzaju “podciśnienia poznawczego”, które wciąga w dalszy proces poznania. To świadczy, że Andrzej jest doskonałym popularyzatorem wiedzy o środowisku naturalnym. Dla nas, uczestników wycieczki rowerowej, zagadnienia tego typu to zabawa myślowa, taka jak gra w brydża, czy rozwiązywanie sudoku. Wiedza z geologii, nawet na poziomie elementarnym, to często niezaorany ugór. Przykład pierwszy z brzegu: brak rozróżnienia między górami, a górotworem powoduje przekonanie, że np. Góry Świętokrzyskie to stare góry. Jakież one stare, skoro ostatni raz wypiętrzyły się w orogenezie alpejskiej, podobnie jak Karpaty, które przecież nazywamy młodymi. Przykłady tego typu można mnożyć. Lepsze pojmowanie otaczającego środowiska jeszcze nikomu nie zaszkodziło, nie mówiąc już o tym, że prowokuje, jak np. Jurka podczas ostatniej wycieczki, do ożywionej dyskusji filozoficznej.

Tekst M.S.; mapka J.M.; foto Zb.G.

Na przekór złym mocom

03.01.2021 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Kuby Młyny i okolice – Kielce. Dystans 38 km. Prowadził Henryk. Wzięło udział 18 osób brutto, 15 osób netto.

Kuszenie szatańskie aby nie wychodzić na rower w zimowe niedziele jest szczególnie silne. Zwłaszcza w pierwszą niedzielę noworoczną diabły zbierają obfite żniwo. Nie jedź – podszeptują – jeszcze pieczeń w lodówce smakiem wabi, poświąteczny sernik zamienia się w piernik, spożywaj więc póki nie stracą przydatności i krzepnij za stołem miast siły na rowerze marnować. Trudno się kuszeniu oprzeć. Na szczęście prowadzący wycieczkę Henio to człowiek, który się złym mocom nie kłania. W tajemny sposób sprawił, że na czas wyjazdu gwałtownie spadła wilgotność powietrza, przeto dokuczliwy chłodek zmienił się w miłe ciału nieśmiałe ciepełko, które wywiodło na dwór liczne stadko rowerzystów. Wszystko inne to pozytywne konsekwencje tego klimatycznego cudu.

Ciepłą atmosferę dopełniła krótka rozgrzewka przy ognisku, koło wiaty w Kubach Młynach. Rolę Westy pełnił oczywiście Krzysiek, choć dorzuciła do “ognia” również Gosia, z pewnej ważnej okazji na którą, trzeba przyznać, Gosia nie wygląda… Noworoczną kropkę „nad i” postawiła Dorota organizując szampański toast, który wzniosły panie za pomyślność w nowym roku.

Tekst MS; foto JS i AK

Rowerem w Nowy Rok

1.01.2021 r.

Trasa wycieczki: okolice Kielc. Wycieczkę prowadził Andrzej. Wzięło udział 10 osób.

Trójtematyczna wycieczka zaprojektowana przez Andrzeja, dobrze zainaugurowała nowy rok rowerowy. Pierwszą część prowadzący nazwał „Historią zapisaną w bliznach ziemi”. Istotnie, trudno znaleźć miejsce bardziej okaleczone niemieckimi umocnieniami oraz pociskami Rosjan, niż to w rejonie rezerwatu Biesak. Pośrodku tego bezmiaru wojennych blizn, stoi skromny, drewniany krzyż. Jakby na przekór wszystkiemu, jest on upamiętnieniem szczęścia w nieszczęściu – wybuch miny, którą bawiły się dzieci, nie uczynił krzywdy żadnemu z nich. To ciekawe, że dzieje danego miejsca najlepiej go identyfikują na tle innych. Las jest wtedy niepodobny do lasu, pole do pola mimo, że fizycznie są takie same. Andrzej co i rusz odkrywa jakieś ciekawe rzeczy. Pozostaje mu życzyć, aby nie ustawał w rozpoznawaniu okolic, może kiedyś nadamy mu tytuł Wielkiego Eksploratora. W przyrodniczym etapie wycieczki wtoczyliśmy rowery na Grabinę aby podziwiać widoki. Wycieczka zakończyła się miniogniskiem. Dało się odczuć posylwestrowe przeinwestowanie uczestników w jedzeniu i piciu, ponieważ nikomu nie przeszkadzało, że zakończyliśmy imprezę o tzw. suchym pysku…

Rowerowa inauguracja nowego roku była bardzo udana, może też dlatego, że rozpoczęliśmy go z sakwami wypełnionymi pogodą ducha z minionego roku. A był to dla Towarzystwa dobry czas. Może się wydawać, że to obrazoburcza konstatacja, wszak pandemia, ograniczenia, obawy itd. Nie warto się jednak obrażać na rzeczywistość. Lepiej jakoś się w niej odnaleźć. Dlatego zgodnie z zaleceniami zawiesiliśmy aktywność wycieczkową na sześć tygodni, by później z rozwagą ją wznawiać. Dość powiedzieć, że w minionym roku wybraliśmy się na wspólne wycieczki rowerowe 46 razy. To dużo, jednak nie zamierzamy bić rekordów. Stąd na ewentualne pytania o plany na nadchodzący rok odpowiedź brzmi: nie mamy żadnych planów. Być może wszystkie wyjazdy skierujemy np. do Słopca albo zechcemy jeździć wyłączne wokół zalewu. Kto wie? Wszystko zależy od okoliczności oraz tego, co tam komu przyjdzie do głowy. Tak się bowiem jakoś składa, że styl lajtowy najlepiej nam służy. Oczywiście aktywność towarzyska zależy w dużej mierze od energii naszych liderów. To dobra okazja by im jeszcze raz podziękować za przygotowanie oraz prowadzenie wycieczek w ub. roku: Ani (5), Andrzejowi (19), Leszkowi (15), Stasiowi (3), Sławkowi (3), Krzysiowi (1), Markowi (1). Wszystkim dziękujemy jednakowo serdecznie, bez względu na to co mają zapisane w nawiasach. Zarówno ze szlachetnych jak również z egoistycznych pobudek życzymy wam dużo zdrowia, bo zdrowemu więcej się chce.

Tekst i foto MS

Noworoczny Bal Kaszankowy – wydanie II obostrzone

27.12.2020 r.

Nasz tradycyjny Bal Kaszankowy to już wydarzenie czasu przeszłego. Ktoś powie – jakiż on tradycyjny skoro miał miejsce dopiero drugi raz. Jak zwał, tak zwał – ważne, że mieliśmy ochotę, żeby trochę odreagować ten trudny czas. Odbył się ciut wcześniej niż powinien, dobrze jednak, że nie podzielił losu setek innych imprez, które pandemia zmiotła z kalendarza. Oczywiście perspektywa zabawy w tym okresie mogła budzić refleksje. Jednak mimo wszystko impreza przeprowadzona w słonecznym plenerze, zgodnie z wymogami pandemicznymi, udała się znakomicie. Kto baluje ten wie, że oprócz przeglądu damskich kreacji, główną czynnością wykonywaną na balu jest… balowanie. Bywa, że przyjmuje formę tańca lub postać mniej wyszukanych balowych zachowań. Na wielu balach zabawa sprowadza się do cyklicznego pokonywania trasy między parkietem i stołem. W istocie tańczy się w rytm tego, co wydaje kuchnia. Ruchem kieruje ktoś w rodzaju balowego policjanta, czyli tzw. wodzirej. Chcieliśmy tego uniknąć starając się aby rzeczy działy się samorzutnie, acz w covidowym porządku. Za sprawą didżejek – Doroty oraz Kasi został wylansowany taniec pod nazwą coviddance, który nie jest ani standardem, ani tym bardziej latino. Tempo wedle życzenia; może być szybszy od oberka lub w tempie muzycznego adagio molto, czyli tak wolnym, że między jednym krokiem a drugim można nawet coś przekąsić. Zaleca się, aby coviddance uprawiać w ogniskowym anturażu, ogień bowiem działa wirusobójczo. Ponadto coviddance można tańczyć w modnych obecnie parach dowolnopłciowych, ponieważ z uwagi na dym z ogniska, słabo widać z kim tańczymy. Co się tyczy innych, pozatanecznych zajęć balowych, to większych innowacji nie było. Mimo że nikt niczego nie regulował wesoło było i miło.

Pozdrawiamy garnek szeroko-płytki oraz jego partnerkę chochlę po przejściach – bohaterów ubiegłorocznego balu z nadzieją, że będziemy mogli ich zaprosić w następnym roku.

Korzystając z okazji, dziękuję balowiczom za życzenia oraz poetycko-muzyczne i słodkie prezenty z okazji imienin, które to imieniny mimowolnie się przykleiły do balowej imprezy.

PS. Przypomnę, że w naszym kalendarzu zadomowiły się na stałe cztery imprezy towarzyskie tj. Noworoczny bal kaszankowy, Powitanie wiosny, Spotkanie rocznicowe KTR oraz Wigilia.

Tekst:M.S.; foto JS

Białogon- kraina trzech rzek

20.12.2020 r.

Trasa wycieczki: Z centrum na Białogon. Wycieczkę prowadził Andrzej. Wzięło udział w covidowych podgrupach 14 osób, dystans 23 km.

Zgodnie z zapowiedzią, wycieczka w okolice Białogonu była bardzo merytoryczna. Zagadnienie sformułowane przez Andrzeja jako: zmiany sieci hydrograficznej na przestrzeni stuleci, autor ujarzmił merytorycznie bez zarzutu, pomimo że problem wymagał wiedzy z zakresu techniki, historii oraz nauk przyrodniczych.  Te różnorakie puzzle zgrabnie poskładał w istotę rzeczy. Dlatego nie ma potrzeby powtarzać tu kwestii, które były poruszone podczas wycieczki, pozwoli to zarazem  uniknąć sytuacji z rodzaju “zebrał i skomplikował”.  Kto chciał to przyjechał i się z nimi zapoznał. Dziękujemy Andrzejowi za merytoryczne przygotowanie wycieczki. Jego wywody są spójne i jednocześnie, co cenimy szczególnie, nie stanowią “zbioru prawd objawionych”, pozostawiając pole do dyskusji. Pozostają mi np. w pamięci malownicze meandry Silnicy i na temat ich morfologii mam pewne refleksje – już się cieszę na dyskusję.

Podczas wycieczek rowerowych najczęściej głowa pomaga rowerowi np. pilnuje żeby nasz rower nie zderzył się z rowerem koleżanki, nie przejeżdżał na czerwonym świetle, podpowiada kiedy ustabilizować błędnik, aby nie wjechał do rowu itp. Tym razem to rowery pomagały głowie, ponieważ, za sprawą Andrzeja, zawiozły nas w miejsce, które oferuje ciekawe problemy wymagające zaangażowania szarych komórek.

M.S.

Wigilia 2020

13.12.2020 r.

Poniżej dostępny jest link do nagrania z naszego spotkania wigilijnego. Film zrealizował Zbyszek, natomiast montaż zrobiła Jola. Miłego oglądania!

https://drive.google.com/file/d/1pkPsDeU-iSDKjXkkxbzagsXzAG4A8qyP/view?usp=sharing

Dbając o to, aby słowa możliwie najlepiej oddawały stan rzeczy, nasze niedzielne spotkanie proponuję  nazwać wigilią roratną. Termin  nawiązuje do porannej mszy św., czyli rorat odprawianych w adwencie tzn. w czasie oczekiwania na przyjście Pana, w przeciwieństwie do wigilii właściwej, która jest już czuwaniem bezpośrednio przed Jego narodzeniem. Jednak, aby nie być posądzonym o nietolerancję, można wzorem Holendrów, w imię poprawności politycznej nazywać wigilię “uroczystym śniadaniem w restauracji”. Tę semantyczną zabawę dobrze oddaje parafraza znanej logicznej sentencji: “Czymże jest wigilia? To co my Polacy zwiemy wigilią, pod inną nazwą również choinką pachnieć będzie.  

Obrzędów, podań, zwyczajów, czy przesądów w polskiej tradycji wigilijnej jest więcej niż gołębi na krakowskim rynku. Nie zabrakło ich również na naszym spotkaniu. Wybraliśmy je wg sybaryckiego klucza – coś dla ducha i ciała. Część kulinarną wigilii poprzedziły jasełka, udatnie przygotowane i wyreżyserowane przez Jolę. To była właściwa kolejność, bowiem artysta głodny jest artystycznie bardziej płodny. Przedstawienie bardzo udane, aktorzy choć już z artystycznym doświadczeniem, to nie pokazali  rutyny a wręcz przeciwnie, pełne zaangażowanie w każdym aspekcie. Zadbali o piękne kostiumy, które pozostawały w harmonii z artystycznym przekazem. Trzeba wytrawnego recenzenta żeby kogoś wyróżnić. Mimowolnie wyróżniłem się sam zapominając kwestii. Odrzucam pomroczność jasną. Bliższy jestem tezy, że rozproszyły mnie bałamutne myśli o tym, co może wynikać z faktu, że jestem teatralnym mężem mojej świetnej partnerki… Podsumowując, nasz towarzyski teatrzyk dobrze rokuje, zwłaszcza pod nową dyrekcją.

Pamiętaliśmy oczywiście także o starej polskiej tradycji, że po wigilii wypada aby niedomagać z przejedzenia. Jeśli u nas do tego nie doszło, to bynajmniej nie z przyczyny ubogiego stołu, lecz miejsca wigiliowania, które prowokowało do ruchu oraz oferowało nieprzebrane zasoby żywicznego powietrza doprawionego odrobiną smogu. Nie z powodu grzesznego łakomstwa, lecz z powodu tradycji, godzi się wspomnieć o wigilijnych potrawach, pod którymi uginały się stoły. Przypomnijmy je zatem w alfabetycznym porządku, dziękując tym co je stworzyli.

Dorota dała kulinarny popis swoim barszczykiem w kolorze młodego burgunda. Gdyby hejterzy “Soku z buraka” choć raz spróbowali barszczyku Doroty, spaliliby by się ze wstydu postponując to zacne warzywo. Natomiast o wyśmienitych keksach Moniki oraz Kasi  GoodFood powinien zrobić program promocyjny. Z kolei paszteciki  Ani oraz pasztetowe wyroby Kasi to bliscy kuzyni znamienitych pasztetów strasburskich. Gdyby dziewczyny serwowały swoje dzieła w restauracji, to już dawno by ich pasztety świeciły Gwiazdkami Michelin’a. Nikt się też nie spodziewał, że Krzysztof dysponuje tak rozległą paletą kulinarnych talentów, od chłopskiego smalcu, który nam serwował onegdaj, po wykwintny pasztet selerowy, za sprawą którego, gdyby chciał, miałby wokół siebie wianek młodych weganek. Śledziowy asortyment oferowany przez dwie Małgosie oraz Jolę,  precyzyjnie ocenił jeden z ekspertów słowami: “każdy z śledzików pyszny inaczej”.  Należy mu wierzyć, bo często śledzikiem “zakansza”. Próbując greckich tzatzików Grażynki, współczułem Amerykanom, dla których podobno najbardziej smakowitym daniem jest popkorn z masłem. Jej sałatki z tuńczykiem nie zdążyłem skosztować, lecz skoro była siostrą tzatzików to nie mogła być inna niż wyśmienita. Może Monika oraz Kasia wystawią kiedyś swoje keksy na targach cukierniczych ExpoSweet. Należy  się ich keksom honorowe miejsce obok belgijskich pralinek. Ciasta Joli nie oceniam, ponieważ ze względu na polityczną poprawność nie mogę wymienić jego nazwy.  Podobnie kuleczki Ani, które, choć apetyczne, miały jednak „niepoprawny” kolor.

Panowie solidarnie uzupełnili wigilijny stół tym, co jest solą ziemi każdego wesołego spotkania…Na szczególną uwagę zasługuje grzaniec przygotowany przez Kasię, będący wynikiem skomplikowanej sekwencji zdarzeń K- L- R – K., czyli Kasia, która zrywała winne grona, Leszek, który je przekazał Rysiowi, który je z kolei zmienił w wino oraz Kasia, która jako się rzekło wyczarowała z niego pyszny korzenny grzaniec. Widać, że najmniejsze zasługi położył Leszek, dlatego też nie był dopuszczony do grzańcowej degustacji. Ja chciałem zaserwować kulinarną kompozycję w stylu foodpairing, czyli słodkie wino zakąszane ogórkiem dużosolnym, lecz zapomniałem ogórków.  Wprawdzie stały w słoiku kiszone ogórki Krzysztofa, lecz robiły za podstawkę wigilijnej świecy i nikt nie śmiał ich użyć w innym celu…

Oczekiwanie często rodzi zniecierpliwienie bywa również irytujące. Z pewnością nie dotyczy to jednak  naszego oczekiwania adwentowego, którego emanacją była ta piękna wigilia.

Tekst MS; foto Jola, Stasiu