Wycieczka pieszo – rowerowa na górę Bugalankę – wzięło udział 9 osób.
Spotkania noworoczne mają z reguły charakter powitalno – retrospektywny. Powitaliśmy Nowy Rok szampanem „Dom Perignon” w wersji średnio ekskluzywnej. Natomiast podsumowanie mijającego roku zdominowały śpiewy antyfonalne pod przewodnictwem Sławka oraz głośne responsoria spontanicznie sformułowanego chóru… Czegóż chcieć więcej od spotkania noworocznego…
Dziękujemy Leszkowi za inicjatywę oraz prowadzenie rzeczonej wycieczki.
Trasa wycieczki: Kielce – Daleszyce – Brzechów – Niestachów – Radlin – Leszczyny – Cedzyna – Kielce. Dystans: 45 km, wzięło udział 5 osób. Wycieczkę prowadził Sławek.
Mimo całkiem przyjemnej pogody jechaliśmy z poczuciem lekkiej dumy, ponieważ tylko nielicznym udało się wygrzebać z domowych pieleszy. Na początku rzut oka na odbudowaną szopkę nieopodal pomnika H. Sienkiewicza, która oględnie mówiąc nieco przypomina witrynę sklepową z rzędem ustawionych świątków. Choć oryginalną aranżacją nie grzeszy, ważne jednak że została odbudowana społecznym sumptem. Z kolei w Daleszycach, jak co roku w świątecznej porze, las pięknych choinek przystrojonych w ozdoby zmyślnie wykonane przez mieszkańców gminy z surowców wtórnych. Tym sposobem plastikowe kubki zmieniły się w świąteczne dzwoneczki, a opakowania po serkach homo w gwiazdy betlejemskie… Pożyteczny przykład modnego obecnie upcyclingu. Szkoda, że słomiane łańcuchy odeszły w zapomnienie, lecz trudno się dziwić, jako że słomy na wsi od dawna nikt nie widział. Może to i dobrze, bo teraz nikomu z butów nie wystaje…
Wracając z Daleszyc, jechaliśmy z Leszczyn do Cedzyny nowo oddanym asfaltowym traktem z malowniczym karkołomnym zjazdem w kierunku zalewu – polecamy ten uroczy zakątek.
Zachęcamy do wycieczk rowerowych zimą. Jeśli nie jest ślisko, to zawsze jest pożytecznie.
Tekst M.S. foto Gosia
PS Pozdrawiamy brunetki z okazji przypadającego w dniu wycieczki Światowego Dnia Pozdrawiania Brunetek (sic!).
Słowo tygodnia: PARADOKS – spadek przydatności wraz ze wzrostem jakości, czyli dialektyka – Total Quality Management/ planned absolescence
Trasa wigilijna w formie zlotu gwiaździstego – miejsce zamieszkania – wiata na Stadionie. Wzięło udział 20 osób.
W czasach agresywnego przekrzykiwania się i radosnych wrzasków, refleksyjną naturę spotkań wigilijnych trudno przecenić. Jak dotąd poprawność polityczna nie zmieniła naszej Wigilii w tzw. spotkanie opłatkowe. Zapewne dlatego, że społeczność KTR integrują więzi towarzyskie, czyli bezpośrednie i niewymuszone, wzmacniane kulturą osobistą oraz empatią uczestników. Wigilii w odróżnieniu od „firmowych opłatków” się nie „zalicza”, tylko celebruje, w dobrym znaczeniu tego słowa.
Zatem nic dziwnego, że pięknie przystrojony stół z feerią wigilijnych potraw, to nie tylko wyraz hołdowania tradycji i efekt wyrafinowanej sztuki kulinarnej. To również świadectwo starań uczestników na rzecz naszej rowerowej wspólnoty. Składaliśmy sobie życzenia świąteczno – noworoczne z wiarą, że szczere intencje pomogą w ich spełnieniu. Biesiadowaliśmy z taktownym umiarem, bacząc aby nie uchybić wigilijnym standardom. Z rozrzewnieniem wspominaliśmy minione rowerowe Wigilie, z satysfakcją konstatując, że niewiele się zmieniło pod względem witalnej ekspresji w przeżywaniu tych spotkań. Może jedynie żywiołowy kankan wokół ogniska, z biegiem lat tracił tempo i powoli zmieniał się w kontredansa, by ostatecznie przybrać formę „chodzonego” w bardzo statycznej odmianie…
Dziękujemy Dorocie, Kasi oraz Leszkowi za pieczę nad wigilijnym spotkaniem. Dziękujemy wszystkim za dary serca w materialnej oraz duchowej postaci, które sprawiły, że niedzielne przedpołudnie stało się Wigilią. Pozdrawiamy „wigilijnie” nieobecnych.
Sympatykom Kieleckiego Towarzystwa Rowerowego „Kigari” życzymy na Święta i Nowy Rok dużo szczęśliwych chwil!!
Tekst MS., foto. Gosia.
Postscriptum
Mimo że Ania przypomniała o proponowanych obchodach Dnia Rowerzysty, wigilijny klimat doszczętnie zmarginalizował obchody tego święta. Prawdopodobnie z dwu powodów: nastrój wigilijny w dobrym towarzystwie zawsze ma duży potencjał, po wtóre, odium towarzyszące przez lata rowerzystom skutecznie przejmuje hulajnogowy żywioł, ponieważ na jego tle rowerzyści są bezkolizyjni niczym żółwie z Galapagos… Zatem, po co nam teraz Dzień Rowerzysty skoro można zdobyć sympatię bez osobistego wysiłku. Na tym właśnie polega dyskretny urok znanych w ekonomii korzyści zewnętrznych…
Trasa wycieczki: Kielce – Dyminy – Suków Babie – Suków Modrzewie – Marzysz – Znojów – Kaczyn- Borków – Słopiec – Kranów – Niestachów – Radlin – Leszczyny – Cedzyna – Kielce. Dystans 56 km, wzięło udział 10 osób, w tym trzech „separatystów”, którzy opuścili nas w Marzyszu. Wycieczkę prowadził Leszek.
To już kolejna wycieczka, która odbyła się przy pogodnej pogodzie, wzmocnionej obietnicą jeszcze lepszej w nadchodzącym tygodniu. Obiekty na trasie wycieczki znane jak zły szeląg. Jednak wielokroć mijana kapliczka w Znojowie doczekała się naszej uwagi, jest bowiem znakiem czasu. W tym przypadku jego emanacją jest oryginalna ortografia zamieszczonego epigrafu, czyli zamiana u /ó czy i/j. ( por. foto). Wbrew pozorom „znak czasu” to nie tak częsty atrybut przydrożnych kapliczek, gdzie z reguły o ich historii świadczy jedynie data powstania.
Oczywiście jak się jest w tych stronach, to nasze rowery mimowolnie wiodą do Słopca. Ta urocza miejscowość, to swoista Mekka Klubowa, głównie za sprawą znanej Świątyni Merkurego z zasłużonym kaloryferem, szczególnie cenionym w chłodnej porze…
Zimowa jazda na rowerze to efekt silnej woli rowerzystów, która zasługuje na uznanie. W rzeczywistości z tą estymą bywa różnie. Symptomatyczne, że Światowy Dzień Roweru jest obchodzony aż dwa razy w roku, podczas gdy Dnia Rowerzysty do tej pory nikt nie ustanowił. To per analogiam sytuacja, jakby ktoś powołał Dzień Pieca Chlebowego zapominając o Dniu Piekarza… Rower to genialna maszyna i niechże ma te swoje „Dni”, jednak bez rowerzysty staje się trapezem z zardzewiałych rurek… Widziałem setki takich „trapezów” np. zalegających plac uniwersytecki w Getyndze. Tamtejsi studenci nazywają je „absolwentami”, jako że często są zostawiane na pastwę rdzawego losu przez kończących studia. Smutny widok, jak smutne jest wszystko co porzucone… Zatem: „nie ma rowerzysty bez roweru” to taki sam truizm jak „ nie ma roweru bez rowerzysty”. Bez wspomnianych relacji nie ma pięknych przeżyć, których doświadczaliśmy choćby podczas pierwszej grudniowej niedzieli.
Dlatego niniejszym ustanawiamy Światowy Dzień Rowerzysty, który w tym roku jako support Wigilijny będziemy obchodzić 14 grudnia. Świętujemy pod hasłem: nie ma święta rowerzysty bez kieliszka wódki czysty.
Tekst MS, foto Gosia.
Słowo tygodnia: BEZWIEDNOŚĆ – „Cóż szkodzi obiecać”
Trasa wycieczki: Kielce – Mójcza – Daleszyce – Słopiec – Borków – Kaczyn – Marzysz – Suków – Mójcza – Kielce. Dystans 45 km, wzięło udział 6 osób, ukończyły wycieczkę 4 osoby. Wycieczkę prowadził Sławek.
Przełom jesienno – zimowy to dla rowerzystów kapryśna pora często naznaczona wilgotnym chłodem. Nie lubimy zmian niespodziewanych ponieważ zaburzają nasze poczucie kontroli nad zdarzeniami. Paradoksalnie jednak to dzięki kaprysom jesieni po dwu ostatnich deszczowo – śnieżnych niedzielach ostatnia, jak na tę porę, okazała się całkiem przyjemna. Tym bardziej, że nasza rowerowa predylekcja szybko adaptuje pogodę ducha do tej atmosferycznej. Obie spowodowały, że wycieczka była super. Nie mogło być inaczej wszak u osób biorących w niej udział optymizmu tyle, że mogliby nim obdarzyć pół powiatu…
Autor MS, foto Gosia.
Słowo tygodnia
MANIPULACJA
“Poseł jechał Pendolino z owcą”
Onet 06.11.2025.
Poseł jechał sam, jedynie sfotografował owcę podróżującą pociągiem.
Podczas ostatniej wycieczki w dniu 17.11.2024 r. byliśmy świadkami sytuacji, w której zarzucono nam posługiwanie się w naszych relacjach hejtem, bełkotem i mową nienawiści, próbując w ten sposób dezawuować wieloletnią pracę prowadzących stronę internetową KTR “Kigari”. Nie podzielamy poglądów ludzi, którzy prawdę nazywają hejtem czy mową nienawiści.
W związku z powyższym, od dziś zawieszamy naszą aktywność na stronie Towarzystwa. Dziękujemy za współpracę wszystkim KTRowcom zaangażowanym w utrzymanie witryny oraz Czytelnikom, którzy co tydzień czytali nasze wpisy.
Trasa wycieczki: Kielce – Dąbrowa – Masłów – Mąchocice – przełom Lubrzanki – Ciekoty – Św. Katarzyna – Grzbiet Krajeński – Bęczków – Cedzyna – Kielce. Dystans 50 km, wzięło udział 8 osób. Wycieczkę prowadził Leszek.
Tak się czasem dzieje, że jadąc na rowerze udaje się zajrzeć myślami poza wycieczkowy horyzont. Dlatego tym razem w sprawozdaniu, jak sugeruje tytuł, będzie o zaparciach.
Zaparcia to przykra dolegliwość i jak się okazuje zaraźliwa, jako że niektórym niszczy również psychikę. Zaparcia ujawniające się u polityków są najczęściej skutkiem pseudologii, czyli skłonności do kłamstwa, w skrajnych przypadkach prowadzącej do kłamstwa patologicznego – mitomanii. Wspomniana przypadłość nęka m.in. Pana Premiera, który sugerował nieprawdę twierdząc, że amerykański prezydent elekt jest rosyjskim agentem. Indagowany w tej sprawie przez dziennikarkę, wbrew dowodom w postaci nagrań, zaparł się tego co powiedział. To nie pierwsze i zapewne nie ostatnie zaparcie PRM. Przyczyny tego chronicznego stanu są już dobrze zdiagnozowane. W takich przypadkach pozostaje zaordynować Oleum Rycini trzy razy dziennie w końskich dawkach oraz badania per rectum po każdym ujawnionym zaparciu…
Swoją drogą, wygłaszanie takich opinii przez premiera in spe o człowieku, o którym było wiadomo, że stanie do wyborów prezydenckich w najpotężniejszym państwie świata, było głupawe. Wypadałoby teraz chwilowo ogon podkulić…
Poza tym wzięliśmy udział w potencjalnie ciekawej wycieczce rowerowej. Kto chciał, mógł kolejny raz popatrzeć na unikalną morfologię przełomu Lubrzanki. Chyba jednak nikt nie chciał, bo o przełomach w przyrodzie trudno się myśli. Ponadto termin wycieczki trafił w apogeum złotej jesieni, lecz to też nie wzbudziło naszego zainteresowania. Pewnie z powodu zamglonego nieba, a może dlatego, że poeci powiedzieli o jesieni już prawie wszystko.
Podsumowując: korzyści z wycieczek są jak koszty. Oprócz tych zmiennych, pozostają jeszcze korzyści stałe jak choćby ruch na świeżym powietrzu, czy przebywanie w miłym towarzystwie…
Tekst MS, foto Gosia oraz Jola
Komunikat: informujemy, że już w następną niedzielę tj. 17.10.2024 wycieczkę rozpoczniemy o godz. 10.00, a nie jak dotychczas o 9.00. Miejsce zbiórki bez zmian. Zmiana obowiązuje do odwołania, które ogłosimy w stosownym komunikacie – redakcja.
Większość naszych wyjazdów rowerowych ma fakultatywny charakter co znaczy, że jedziemy wtedy gdy mamy ochotę. Ten nasz stan gotowości do wycieczkowania ma różne natężenie, które jest skutkiem wielu czynników. Jednym z nich jest pogoda. W każdą pogodę można brać udział w wycieczce rowerowej, należy ją tylko jakoś psychicznie “oswoić” czyli przyjąć, że nie będzie stanowiła przeszkody aby wziąć udział w wyjeździe.
Rekomendujemy cztery sposoby oswajania pogody lub, jak kto woli, automotywacji:
w taką pogodę nie sposób nie jechać,
jest nieźle jak na tę porę,
jest niespecjalnie, lecz mogło być gorzej,
pogoda pod psem, niech to będzie wyzwanie.
Chyba nieźle oswajaliśmy pogodę ostatniej niedzieli, skoro nikomu nie przeszkadzał jesienny chłodek. Była to jedna z tych wycieczek, w czasie których głowa nie bolała od myślenia, ponieważ pokonywaliśmy kilometry z wyłączonymi funkcjami poznawczymi. To stosowana w naszym Towarzystwie technika relaksacyjna polegająca na unikaniu zainteresowania czymkolwiek. Nie obyło się jednak bez doświadczeń metafizycznych. Mianowicie Jola rozpaliła ognisko bez ognia, jedynie za pomocą patyczka małych rozmiarów. Skądinąd pod wiatą Murawin dzieją się różne dziwne rzeczy jak choćby to, że tam zaśmiecone jest jedynie wnętrze kosza na śmieci…
Jednak nawet przy wyłączonych zmysłach poznawczo – estetycznych trudno było nie zauważyć, że po ostatnich przymrozkach obficie sypnęło złotym liściem. To zjawisko nie tylko piękne lecz również dla krajobrazu wielce miłosierne, ponieważ maskuje przydrożne śmieci niczym pierwsze śniegi.
Trasa wycieczki: Kielce – Dąbrowa – okolice Zagnańska -Kielce. Wycieczkę prowadził Andrzej. Dystans 25km. Wzięło udział 14 osób.
Pewien udany zakup dał mimowolnie pretekst do powycieczkowych refleksji na temat psychospołecznych aspektów naszych relacji z przedmiotami. W tym przypadku rzecz dotyczy satysfakcji z tytułu posiadania przez Leszka roweru elektrycznego KTM.
Już niejednokrotnie świętowaliśmy zakup nowego roweru. Jednak relacja Leszka ze swoim elektrykiem jest wyjątkowa i zasługuje, jeśli nie na rozprawę naukową, to przynajmniej na psychosocjologiczny traktacik. Leszek należy do tej grupy konsumentów, która kupuje rzeczy rozważnie. Wydaje się jednak, że w tym przypadku zakup miał znamiona zachowań kompulsywnych, typowych dla miłości od pierwszego wejrzenia. Nie wiadomo czy ten “strzał Merkurego” będzie uczuciem odwzajemnionym, wszak dotychczasowe relacje właściciela z Kateemką były sporadyczne. Jeśli wskaźnik ekscytacji przedmiotem zakupu nieco “ostygnie”, istnieje szansa, że Leszek będzie użytkował swój rower częściej niż dotychczas.
Okazywana atencja bynajmniej nie dziwi. KTM to rower, który ma ramę oraz niektóre inne części wypełnione dumą, zacnością i prestiżem marki. Widziałem podczas wycieczki, jak ten KTM patrzył na mojego Conveya, który choć nieszczególnie piękny, przecież ułomkiem nie jest. Wiem nawet co myślał: “skąd się tu wziąłeś, że przy mnie stoisz, ty jakiś tam Conveyu, twoja proweniencja przypomina marynarkę nowobogackiego biznesmena, która wprawdzie jest nowa lecz o firmie co ją uszyła, prawie nikt nie słyszał”.
Korzystając z okazji uszczknę trochę z tego kateemowskiego nimbu przypominając, że również jestem właścicielem roweru tej marki. To prawda, że mój KTM jest jedynie ubogim krewnym Leszkowego, pochodzi jednak z okresu gdy ta firma sygnowała swoje rowery pięknymi ryngrafami ze znakiem firmowym marki. Komu by się teraz chciało to robić w tym proszkowo malowanym świecie…
Być może stara rowerowa arystokracja – włoski Bianchi, amerykański Schwinn, niderlandzki Batavus podziwia niezawodność Kateemów. Jednak bez Srama, Truvativa, Foksa, Shimana czy Broksa nie ma… nawet Kateema. Bo tak naprawdę rowerowym światem rządzą dwie panie – Specjalizacja i Kooperacja oraz ich szef – Zysk.
Rowerowym uroczystościom inicjacyjnym towarzyszył support “pieczenie ziemniaków” – równie udany jak zakup Leszka.
Dziękujemy Andrzejowi oraz Leszkowi za pomysł na świetne spędzenie rowerowej niedzieli a uczestnikom wycieczki za jego realizację. Podziękowania dla Sławka za piękny utwór poetycki, który publikujemy poniżej.
Kochajcie solidne marki, kochajcie poetów!
Odezwa do Leszkowego KTMa
Pamiętaj byś swoim rowerowym kołem toczył się dziarski, i górą, i dołem
Pamiętajcie przerzutki i pedały żebyście Leszkowi nigdy nie skrzypiały
Siodełko ze sztycą trzymajcie się kupy aby sobie Leszek nie odparzył ….
Tekst MS, foto Dorota, Gosia, Jola, Marek
PS. Warto przy tej okazji odnotować, że w tym roku mija 60 lat od wyprodukowania pierwszego roweru przez firmę KTM z siedzibą w miasteczku Mattighofen. Dla porządku przypominamy, że Mattighofen, o dziwo, nie znajduje się na Tajwanie tylko w Górnej Austrii…
Nowy rower Leszka i co z tego wynika
Wczesny ranek, wstaje miasto Korki, na ulicach ciasn Mam czerwone z prawej strony Staje kolarz rozsierdzony Oczom swoim ledwo wierzę Toż to Leszek na rowerze Myślę, chyba mam już zwidy Bo pod Leszkiem miast Meridy Widzę bicykl doskonały Ach ta rama, ach pedały I te koła i te biegi Barwa jak styczniowe śniegi I ten licznik kolorowy No po prostu zawrót głowy Ten bagażnik taki śliczny Silnik Boscha elektryczny I bateria na pół wieku Czego jeszcze chcesz człowieku I ta firma austriacka Tam się robi takie cacka Myślę, że się dobrze składa Bo gdy Leszek się rozgada Teraz żadna polityka Nie spowolni zawodnika Póki KTMem jedzie Nigdy z tyłu, zawsze w przedzie Taka siła w obu drzemie Pół w Leszku, pół w KTMie
Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – Brzeziny – Nida – Ostrów – Morawica zalew – Radomice – Marzysz – Kielce, oraz w krótszym wariancie Morawica – Kielce. Dystans 50km, wzięło udział 14 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.
Moje sprawozdania z wycieczek są mało “sprawozdawcze”, co z pewnością zauważyli nawet zwolennicy czytelniczego skimmingu. Doceniam wyczerpujące opisy z wycieczek rowerowych jak również “podziwiam” mistrzów zwięzłej formy w stylu “my tu byli” często ozdobione esencjonalnym “Jadźka k…a” lub jeszcze krótszym akcentem. Oczywiście sprawozdania powinny dotyczyć tego czego doświadczamy podczas wycieczki. Kłopot w tym, że te same miejsca z natury rzeczy odwiedzamy po wielokroć. Zatem sprawozdania często dotyczą nastrojów czy emocji ponieważ postrzeganie krajobrazów wydaje się równie ważne jak ich walory.
Ostatnia wycieczkowa niedziela powinna dostarczyć powszechnej przyjemności z tytułu tych pięciu wspólnie spędzonych godzin. Pogoda słoneczna, tyleż ciepła co rześka, powietrze czyste, że nawet pyłów zawieszonych P10 nie było na czym zawiesić, widoki na Łysogóry w czterech planach, a rowery bezawaryjne niczym włoski 1.9 tdi. Nawet stawy kolanowe skrzypiały ciszej niż to coś, co onegdaj skrzypiało w Jurkowym rowerze.
Oferta pogodowo – krajobrazowa dla wszystkich jednakowa, lecz to nie znaczy, że jej postrzeganie także. Na nic by się zdała Leszkowi uroda Gór Plebańskich gdyby np. zapomniał swojej kanapki z baleronem wędzonym w zimnym dymie, a zadowolenie Ani ze słonecznej pogody mógłby zakłócić syndrom niewyłączonego żelazka. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Wszyscy jechaliśmy bez stresu. Nawet Andrzej prowadził wycieczkę w pogodzie ducha, mimo, że Sławek “prowadził” Andrzeja. Dlatego in gremium doświadczyliśmy sporo niereglamentowanej przyjemności podczas wspólnej, rowerowej niedzieli.
Tekst MS, foto Gosia i Jola
PS. UWAGA! W najbliższą niedzielę (27.10) uroczystość – patrz OGŁOSZENIA!!!!!