Trasa wycieczki: dojazd PKP do Włoszczowic – Gołuchów – Stawiany – Hajdaszek – Umianowice – Motkowice – Imielno – Sobowice – Skowronno – Kotlice – Mokrsko – Sobków – Wierzbica – Lelusin – Nida – Morawica – Kielce. Dystans 109 km, wzięło udział 9 osób. Wycieczkę zaplanował oraz przez 10 godzin, świetnie prowadził Leszek.
To zapewne najdłuższa wycieczka w historii naszego Towarzystwa. Jednocześnie jej uczestnicy mieli odczucie że mogłaby być dłuższa. Można to zrozumieć, gdyż jak się jedzie na Ponidzie słoneczną wiosenną porą, to nie po to aby zaraz wracać…
Trasa wycieczki: Kielce – Morawica – łąkami do Chałupek – Dębska Wola – Zbrza – punkt widokowy na Paśmie Zbrzańskim “Pod sosenką” – Chałupki Zbrzańskie – Nida – punkt widokowy G. Hoża – Plebańskie Góry – Brzeziny – Bilcza – Kielce. Dystans 55 km, wzięło udział 14 osób. Wycieczkę prowadzi Andrzej.
To duża wartość gdy w dniu poprzedzającym wycieczkę już było wiadomo, że nazajutrz pogoda będzie, jak się na Ponidziu mawiało, “jak drut”. Zwłaszcza, że pogoda to szczególnie chaotyczny układ, niereagujący na prognozy. Skądinąd systemy, które na prognozy reagują, również bywają chaotyczne. Gdybyśmy np. przewidzieli, że za tydzień rowery podrożeją o 1000 zł, to ich cena wzrosłaby pewnie już na drugi dzień i dlatego nikt by nie wiedział ile będą kosztować za tydzień. Lecz dajmy spokój akademickim opowiastkom o rynku, bo przydługie dygresje mącą istotę rzeczy. Tym bardziej, że ostatnia wycieczka, jak większość naszych rowerowych wyjazdów, zasługuje na rzetelny opis.
Zadanie nie jest łatwe, bo wycieczka koncentrowała się na wrażeniach. Wykorzystując sprzyjającą pogodę pojechaliśmy bowiem po widoki. W porze rozbuchanej wiosennej zieleni, trudno się spodziewać, że przyroda nas uraczy subtelną grą kolorów, czy skłoni do sentymentalnych kontemplacji. O tej porze roku krajobrazy urzekają witalnością. Przebywanie w takim otoczeniu podnosi na duchu. Widać to było dobitnie podczas naszej wycieczki. Z godziny na godzinę nastrój uczestników stawał się coraz lepszy. Na górze (nomen omen) Hożej, przy niewielkim udziale katalizatorów, momentami przechodził niemal w stany euforyczne. Wycieczka po widoki przyniosła podwójne korzyści : poprawę samopoczucia oraz powidoki w postaci wrażeń wzrokowych, które zostaną w naszej wyobraźni, w następstwie tego co oglądaliśmy, bo krajobraz wiosenny to lek o przedłużonym działaniu…
Trasa wycieczki: Wiadomo jedynie, że wycieczkę prowadził Leszek. 21 maja przypadał również Dzień kosmosu, sądziliśmy zatem, że sprawozdanie z wycieczki nie dotarło do redakcji, ponieważ Leszek dla uczczenia kosmicznego święta prowadził ją na innej planecie. Piękne zdjęcia przesłane przez Gosię sugerują jednak, że się odbyła bez pozaziemskich ekscesów.
Skorzystałem z wolnego miejsca, zamieszczając kilka uwag dot. sztucznej inteligencji, w ramach lektury nieobowiązkowej. MS.
W dniu wycieczki przypadła 149 rocznica urodzin Thomasa Swindlehwusta, brytyjskiego przeciągacza liny. Ktoś spyta, a co nas to obchodzi, przecież mnóstwo informacji, które wytwarzamy, nawet gdybyśmy chcieli, nie jesteśmy w stanie zapamiętać. Nie mówiąc już o tym, że o istnieniu większości z nich, mimo Internetu, nie mamy zielonego pojęcia. Zatem nie sposób ich ze sobą kojarzyć i tym samym konstruować wniosków. Może to za nas robić sztuczna inteligencja, ponieważ będzie mogła korzystać z każdej cyfrowej informacji, którą znajdzie w chmurze, analizując zależności, niewykluczone że aż do momentu gdy zacznie sobie zdawać sprawę z tego co robi, a wówczas przestanie być sztuczna, bo zyska świadomość. To jest projekcja tyleż fascynująca co straszna lecz przecież potencjalnie możliwa.
Sztuczna inteligencja, obok covidowej pandemii oraz wojny w Ukrainie, to kluczowe problemy ostatniego czasu, które ze wzlędu na swą globalną naturę, stanowią ważny kontekst nawet dla takich mikrozdarzeń jak nasze rowerowe wycieczki.
Planujemy zlecać sztucznej inteligencji pisanie sprawozdań z wycieczek, lecz dopóki demencja sprawozdawców nie przekroczy krytycznego poziomu, będziemy ogarniać wycieczkowe problemy bez interwencji “obcych”.
Trasa wycieczki: Kielce – Morawica – Łabędziów – Brudzów – Zaborze – Skrzelczyce – Komórki – Szczecno – Trzemosna – Borków – Marzysz – Bilcza – Kielce. Dystans 72km, wzięło udział 11 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.
Dolina rzeki Morawki była już kiedyś przedmiotem naszej wycieczkowej uwagi. Głównie z powodu zmian antropogenicznych, które ją czekają w nieodległym czasie w związku z budową obwodnicy. Poprzednio odnotowaliśmy wykarczowane drzewa w projektowanym pasie drogi, obecnie widać już początki prac ziemnych. Na ocenę skutków środowiskowych chyba jeszcze za wcześnie. Zmiany estetyczne krajobrazu doliny również niejednoznaczne. Natomiast korzyści społeczne są z pewnością oczekiwane nie tylko przez mieszkańców Morawicy. Z optymizmem nie należy jednak przesadzać, wszak infrastruktura liniowa z natury dezintegruje ekosystemy tnąc je na kawałki.
Jednak nawet sterty gałęzi czy zwały ziemi w dolinie Morawki łatwiej tolerować majową porą przy słonecznej pogodzie. Zapewne z powodu pięknej aury, odreagowaliśmy zimny, kapryśny początek wiosny ośmiogodzinną wycieczką na długim dystansie. To nie znaczy że jechaliśmy przez cały dzień bez opamiętania w jakimś wiosennym amoku. Było nieśpiesznie, z dużą dbałością o towarzyski relaks z akcentami krajoznawczymi. Rekomendujemy zatem obejrzenie odnowionej, ponadstuletniej kapliczki wraz z okalającym ją zabytkowym murem w Skrzelczycach. Kapliczka jakich wiele, jednak silnie integruje miejscową społeczność wokół pożytecznych przedsięwzięć. Odwiedziliśmy również po raz któryś okazały dąb nieopodal wiaty Murawin, przy drodze na Ujny. Odkąd został pomnikiem przyrody wygląda jeszcze bardziej dostojnie. Oficjalnie nosi imię “Dąb Powstańców”, lecz dla nas pozostanie Jędrusiem, od imienia Andrzeja Wągrowskiego, który go odkrył dla naszej rowerowej społeczności.
Trasa wycieczki: do Zagnańska i z powrotem. Wzięło udział 11 osób, dystans 25 km. Wycieczkę prowadził Andrzej.
Zdarza się taki zbieg pogodowych okoliczności, który jest szczególnie nieprzyjemny z punktu widzenia komfortu rowerzysty. Temperatura nieco powyżej zera przy dużej wilgotności oraz ponurym niebie zaciągniętym nimbostratusem z uporczywą mżawką. Uciążliwość tego typu pogody podczas ostatniej wycieczki miała po trosze pozafizyczne uwarunkowania, bowiem pierwsze dni majówki obiecywały więcej niż zaoferował koniec tygodnia, co jest wystarczającym powodem irytacji. Tak często się dzieje gdy stan faktyczny rozjeżdża się z oczekiwanym. To również kwestia recepcji, mianowicie wiosną kilka stopni powyżej zera to zawsze mniej niż zimą. Nie pomogło przeliczanie Celsjusza na inne skale, bowiem czy 39.2 F, czy 277.15 K, to jakby nie kombinować zawsze tylko cztery stopnie. W konsekwencji, w ostatnią niedzielę dopadł nas emocjonalny ziąb majowy.
Wprawdzie Jurek próbował ratować nastrój, rzucając szalupę ratunkową w postaci eliksiru z mirabelek, lecz nawet to na niewiele się zdało. Co tu dużo gadać, przegraliśmy bitwę z pogodą. Dlatego Andrzej przytomnie, wzorem wielkich wodzów, zarządził w Zagnańsku odwrót na z góry upatrzone pozycje domowe. Leszek wyglądał na niepocieszonego, lecz cóż poradzić, kapitulacja zawsze chodzi w parze ze stratą…
Lecz nie ma tego złego… przebywanie w domowych okopach pozwoli zebrać siły do środowego ataku na zastępy majowych anemonów…
To była pierwsza wycieczka w historii naszego Towarzystwa, w której liczba osób jadących na rowerach elektrycznych zrównała się z korzystającymi z rowerów bez wspomagania. Nieubłagany proces dyfuzji innowacji dopadł w ostatnich dniach Gosię oraz Jurka, nowych właścicieli wypasionych elektryków. Przed postępem trudno bowiem uciec. Dlatego wydają się płonne deklaracje Doroty, że elektryka raczej nie chce. Tylko patrzeć jak elektryczna moda ją pochłonie, choć trzeba przyznać, że z racji młodego wieku kondycję ma niezłą. Elektrycznym skłonnościom mogą się dłużej opierać jedynie rowerowi mocarze jak Sławek, Andrzej, Leszek czy Stasiu bo oni, jak się podejrzewa, mają wmontowane biologiczne motorki w bliżej nieokreślonych miejscach…
Dlatego dobrze się stało, że ostatnią wycieczkę prowadził Stasiu, ponieważ nie dał się wchłonąć elektrycznym Hunom. Jechaliśmy zatem w tak szaleńczym tempie, że gdyby nie przystanki, to po tych sześdziesięciu kilometrach bylibyśmy w domu na jedenastą… Przerwy były jednak potrzebne, bo przecież należało uruchomić “procedury inicjacyjne”* w związku z nowym sprzętem. Jego właściciele zadbali o “środki do serwisowania”, które okazały się skuteczne do tego stopnia, że w rowerowej baterii Gosi zaczęło przybywać prądu, a rower Jurka już nie naśladuje głosu starej wrony…
Trasa wycieczki: dojazd PKP Kielce – Kucięta Nowe – pętla rowerowa Kucięta – Julianka, dystans 45 km. Powrót PKP Julianka – Kielce. Wycieczkę zaprojektował oraz prowadził Andrzej. Wzięło udział sześć osób.
Pogoda w dniu wycieczki zagrała z nami anty Hitchcockiem, jako że z rana było beznadziejnie a potem już tylko lepiej. Jestem umiarkowanym sceptykiem, jednak do meteoprzepowiedni odnoszę się z nieufnością. Może dlatego przegrałem z pogodowym profetyzmem Andrzeja. I bardzo dobrze, ponieważ mimo deszczowych obaw wzięliśmy udział w zaprojektowanej przez niego pięknej, świetnie zorganizowanej wycieczce jurajskiej. Świetnie zorganizowanej, bo Andrzej czyta mapę równie dobrze jak Gosztyła książki Krajewskiego. Pięknej, bo nie ma lepszego słowa opisującego całokształt doznań, których nam dostarczyła wiosenna Jura. Pogoda słoneczna, umiarkowanie rześka, strome asfaltowe podjazdy, dające satysfakcję nieelektrycznym zdobywcom oraz długie szaleńcze zjazdy na łeb na szyję, by w dolinach podziwiać nieskazitelny błękit nieboskłonu poprzetykany seledynem młodego listowia. Wyczerpaliśmy na to spory zapas zachwytu, jednak trochę zostało na wapienne wychodnie czy ruiny olsztyńskiego zamku. Będąc na Jurze zawsze budzą mój podziw murowane ogrodzenia, bo nie znajdzie się na to lepszych okolic i materiału nad jurajskie wapienie. Nie omieszkaliśmy zajechać do pałacu Raczyńskich w Złotym Potoku noszącego ślady dawnej urody, choć najnowszą historię ma jak większość jego pałacowych pobratymców. Rozkradziony przez niemieckich złodziei, zdewastowany przez ruskich wyzwolicieli oraz pozostawiony na pastwę losu przez komunistów. Spędziliśmy u jego portyku nieco czasu, także z szacunku, że jakoś przeżył swój los nieszczęsny. Również obecnie ta klasycystyczna budowla wydaje się nikomu niepotrzebna, podobnie jak okazałe budynki stacji kolejowych czy malownicze wieże ciśnień w Juliance czy Włoszczowie, zasilające ongiś wodą parowozy. Na Jurę podróżowaliśmy koleją, która dostarczyła również sporo innych wrażeń. Nowoczesne wagony, tory, perony oraz zarządzanie podług nowej mody – biuro konduktora zajmuje cztery siedzenia, bilety na firmowym papierze, długaśne niczym ściąga niedouczonego maturzysty, a jak się ma szczęście to nawet można nie płacić gotówką. Toalety w pociągu sterowane cyfrowo, aliści kible są jeszcze zapychane w analogowy sposób. Słowem, nowe z trudem przedziera się przez krzaki starego.
Reasumując: wycieczki kolejowo – rowerowe – naprawdę warto! Już zazdroszczę tej do Jędrzejowa, w której nie mogę wziąć udziału z powodu zaproszenia na rowerową wycieczkę rodzinną.
Trasa wycieczki: Kielce- Energetyczne Centrum Nauki – rez. Sufraganiec – Tumlin – wzgórza Kostomłockie (kaplica p.w. Przemienienia Pańskiego z 1816 r. – Kostomłoty – Laskowa – przez las do Górek Szczukowskich – Kielce. Dystans 40 km., wzięło udział 17 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej wraz z asystentem ds. energetycznych.
Obcując z przyrodą, podczas każdej wycieczki jesteśmy z fizyką za pan brat, wszak to nauka przyrodnicza. Jednak wizyta w Energetycznym Centrum Nauki (ECN) niektóre zjawiska fizyczne, szczególnie te związane z energią, unaoczniła szczególnie. Procesy fizyczne najlepiej objaśniać w języku matematyki. Jednak nie będziemy w sprawozdaniu z wycieczki straszyć wzorami. Zwłaszcza, że pamiętam słowa prof. Hawkinga ze wstępu do “Krótkiej Historii Czasu”. Przestrzegano go mianowicie, że każde równanie jakie zamieści w tej popularnonaukowej książce, zmniejszy liczbę sprzedanych egzemplarzy o połowę. Spróbujmy zatem np. o energii mechanicznej opowiedzieć w sposób lekkostrawny…
W czasach powszechnego kultu energii kinetycznej warto dowartościować niedocenianą, choć przecież pożyteczną energię potencjalną, choćby z uwagi na jej przyjazną naturę. Z energii potencjalnej sprężystości korzystamy choćby w przerwie meczu wstając z kanapy po kolejną paczkę chipsów. Należy tylko uważać z kaloriami, by nie dopuścić do uruchomienia potencjalnej energii grawitacji w przypadku, gdyby się pod naszym ciężarem zapadła podłoga. W przeciwieństwie do energii potencjalnej, jej kinetyczna kuzynka wymaga od nas ruchu, a podczas ruchu można się spocić, co przecież nie jest przyjemne…
Dzięki Andrzejowi, temperaturze i słonecznej pogodzie zgromadziliśmy również niezły zasób energii witalnej, równie przydatnej jak te poznane w ECN.
Trasa wycieczki: Kielce – droga pod Grabiną – rzeka Sufraganiec – Szczukowskie Górki – Jaworznia – Łaziska – Zawada – kamieniołom Szewce – Szewce – Słowik – Białogon – Kielce. Dystans 40 km, wzięło udział 17 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.
Mówiąc wprost, trochę przegapiliśmy tegoroczne topienie marzanny. Żeby jakoś wyjść z tej kłopotliwej sytuacji należało w miejsce “topienia” wymyślić jakiś inny powód do świętowania.
Okazało się, że to starania zupełnie niepotrzebne. Magia tradycji oraz determinacja Andrzeja była tak wielka, że mimo poślizgu, udało się zorganizować “topienie marzanny” w starym dobrym stylu. Pomogła w tym bez wątpienia siła perswazji prowadzącego wycieczkę, która skłoniła Dorotę do wykonania pięknej marzannowej kukły. Przyznaję, że mimo wcześniejszych prób, mnie się ta sztuka nie udała. To dowód, że Andrzej ma menadżerskie kwalifikacje i doskonale się nadaje na przwódcę rowerowego stada…
Słoneczna pogoda, urokliwe miejsce oraz liczne towarzystwo skropione przez Leszka złotym płynem (nie tym o którym myślicie) spowodowały, że przyjemnie spędziliśmy to niedzielne przedpołudnie.
Było tak radośnie, że Marzanna zamiast w wodzie przycupnęła na sośnie i patrzy z góry zazdrośnie jak bobry z Sufragańca wyprawiają harce na starej wersalce…
Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – Brzeziny- Morawica – Kuby Młyny – Marzysz – Suków – Mójcza – Kielce. Dystans 55 km, czas wycieczkowania 7 godzin, tym razem wzięło udział 8 osób. Wycieczkę prowadził Leszek.
To już trzecia wycieczka dyngusowa w historii naszego Towarzystwa. (W 2020 r. nie odbyła się z uwagi na pandemię). Dwie dotychczasowe były bliźniaczo podobne, obie prowadził Leszek tą samą trasą i na podobnym dystansie. W jednej i drugiej wzięło udział 10 tych samych osób. [sic!]
Tak, tak – są takie wydarzenia, jak mawiał Ferdek Kiepski, o których się fizjologom nie śniło!
Oczywiście mogliśmy sprawić by trzeci dyngus był podobny do poprzednich, przynajmniej z formalnego punktu widzenia, zwłaszcza że zrządzeniem losu wycieczkę znów prowadził Leszek. Lecz w czasach klimatycznej schizofrenii, gdy deszcze obfite, lodowce się topią, Kiribati tonie, chociaż wody coraz mniej, już nie wiadomo jak się zachować pro eco. Dla spokoju sumienia przejechaliśmy w słonecznym cieple wiosennym kilkadziesiąt kilometrów, bez dyngusowego marnowania tego cennego zasobu. Nawet przyroda nas pokropiła przed Morawicą tyle co kot napłakał. Również Doroty nie udało się wysmagać wierzbowymi witkami zgodnie ze śmigusowym zwyczajem, w miłym rewanżu za poprzednie dyngusowe wycieczki, podczas których polewała nas obficie.
Aby jednak zupełnie nie ignorować tradycji, udało się Leszkowi znaleźć trochę błota, w którym utaplaliśmy chociaż rowery, bo lany poniedziałek, jakby nie patrzeć, to przecież święto wilgoci…