Dystans ok. 55 km, prowadziła Ania, udział wzięło 10 osób
Z Kielc wyjechało 8 osób a wróciło 10 osób, a to za sprawą zmiany czasu i godziny zbiórki.W Szewcach spotkaliśmy Sławka i Michała, którzy wyjechali z Kielc o godz. 9.00. Rano pogoda nie zachęcała do wyjazdu, ale w ciągu dnia nieśmiało wychodziło słońce, a na drzewach złociły się już tylko pojedyncze liście, co przypominało, że nadchodzi listopad a z nim Święto Zmarłych. W Promniku pod Kaplicą Świętej Tekli z 1870 r., Dorotka zapaliła symboliczny znicz pamięci naszym zmarłym kolegom z KIGARI.
Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – lasem nad Chodczą do Marzysza – Znojów – przez las do Borkowa – ognisko nad Belnianką – Słopiec – Kranów – Mójcza – Kielce. Dystans 50 km, wzięło udział 14 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.
Nie ma lepszej pory na zakańczanie czegokolwiek, niż lekko smutny anturaż złotej jesieni. Październikowa przyroda w każdym miejscu pobudza estetyczne zmysły, bo przecież trudno się poruszać na rowerze nie rozglądając się choć trochę, zależnie od poglądów, w prawo lub w lewo.
Rankiem zachmurzone niebo nie rokowało najlepiej, jednak już koło południa słońce ujawniło feerie złotych kolorów. Trzeba przyznać, że Andrzej poszukał ciekawego miejsca na ognisko. Jeśli dodać, że nawet Leszek jeszcze tam nie był, znaczy że ogniskowaliśmy w terenie dziewiczym… Na początku było lekko nerwowo, z uwagi na teatralne plany Ani. Kto zna życie ten wie, że w takich sytuacjach kobiety są zawsze w niedoczasie. Wiadomo, kilka sukienek trzeba przerzucić, nim się dobierze do nastroju dnia tę właściwą… Nie mówiąc już o wyborze obuwia, makijażach i tym podobnych czynnościach. Znając jednak organizacyjną sprawność naszej koleżanki jesteśmy pewni, że zdążyła ze wszystkim. Ci, bez kulturalnych planów, kontynuowali pobyt podkładając patyczki do symbolicznego ogniska, w którym przy odrobinie wysiłku można było upiec nawet dwa ziemniaki. Wcześniej jednak przyszło nam oglądać to co zostało z niewielkiego strumyczka Chodcza. A nie zostało nic, bo przecież suchego korytka strumykiem nazwać nie sposób. Podobno to wina bobrów, ale wszyscy wiemy, że dziesiątkami takich strumyczków płacimy teraz za te lata całorocznego ciepła, które było dla przyrody niczym bal na Titaniku… Dobrze, że Andrzej nam to pokazał, chociaż nie wiem czy powinniśmy się biczować za globalne grzechy… Na szczęście słoneczny dzień jesienny to dobre antidotum na ekologiczne rozterki.
Trudno jest mówić o doznaniach estetycznych nie w swoim imieniu, zatem na zakończenie kilka jesiennych refleksji oczywisto – banalnych.
Złota jesień jest piękna sama w sobie. Ze względu na efemeryczną naturę, jest ciut nostalgiczno – melancholijna w odbiorze. To pora, która inspiruje artystów – od Vivaldiego po Staffa, choć jest trudna dla malarzy, bowiem podstępnie zaciera granice między pięknem a kiczem. Barwy jesieni są tu trochę jak jeleń na rykowisku; w naturze piękne, na obrazie już niekoniecznie. Może dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi, przyroda nie ma problemu z kompozycją kolorów, bo jej estetyka nie jest skutkiem arbitralnych wyborów tylko z wynika z odwiecznego porządku rzeczy.
Słowem, udana niedziela – korzystaliśmy nieśpiesznie z jesiennego piękna bez ograniczeń i bez biletów…
Na zbiórkę przyjechało 15 osób, ale już na starcie z wycieczki zrezygnował Redaktor Naczelny, wydając innym polecenia służbowe. Po postoju w Micigoździe z dalszej jazdy zrezygnowali Jurek z Markiem, w Łosieniu odjechał Darek, a w Korczynie Gosia ze Zbyszkiem*. Do Strawczyna dojechało 9 osób, a tam był punkt centralny dzisiejszej wycieczki – Basia z Markiemobchodzili JUBILEUSZ 50 – LECIA ŚLUBU i z tej okazji zastawili stół wykwintnym poczęstunkiem.
Dziękujemy im bardzo i życzymy takiej radości życia jak do tej pory!!!
*Relacja Gosi:
Po krótkim przystanku w lesie, dzięki uprzejmości Basi i wskazaniu gdzie rosną rydze, nie zdążyliśmy ich zabrać ze sobą, przewodnik wraz z osobami towarzyszącymi odjechał „w siną dal” 😄
Od Redakcji:
Nie ważne kto, kiedy, którędy i z kim, ważne, że wszyscy wrócili z wycieczki zadowoleni!
Trasa wycieczki: Kielce – Białogon – Zgórsko – Czerwona Góra – Chęciny – Brzerzegi – Chojny- Mosty- Podzamcze – Przymiarki – kilka osób przez Trzcianki, Bilczę – dystans 80 km, reszta przez Nowiny do Kielc – dystans 65km. Wzięło udział 10 osób, nie licząc trzech rowerzystów epizodycznych, którzy odjechali w siną dal. Wycieczkę prowadził Leszek. Ranek chłodny i zachmurzony, później słonecznie oraz umiarkowanie ciepło.
Centralną atrakcją wycieczki, niejako samoistnie, stała się wiata w Chojnach, usytuowana nieopodal malowniczego zakola Nidy. Wiata piękna, bo się pięknie starzeje. To jest starość, której nikt sztucznie nie przeszkadza się starzeć. Dlatego jeszcze długie lata będzie się godnie ku ziemi chylić… Lokalizacja też jej przydaje dodatkowej urody, wszak Chojny to jedna z najbardziej urokliwych świętokrzyskich wiosek, a rzeka jest tu jest wartka i czysta. Myślę, że słodka uczta w słońcu, którą urządziliśmy sobie w tym miejscu, była stosownym zwieńczeniem spędzonego tam czasu.
Był jeszcze jeden obiekt godny uwagi wrażliwców, mianowicie kunsztowne mury, chyba już opuszczonej budowli bez dachu, po lewej stronie drogi, przed skansenem w Tokarni jadąc od Kielc. Majstersztyk sztuki murarskiej z czasów, gdy się jeszcze murowało z łupanego kamienia, a nie klejonych silikatowych klocków lego.
W czasie wycieczek warto koncentrować uwagę na tym co budzi nasz podziw, jako że nic tak nie stabilizuje pogody ducha jak zdumienie połączone z zachwytem.
Wzięło udział 10 osób, wiedzionych na miejsce uroczystości w zwartych szykach przez Anię oraz Andrzeja.
Mija trzy lata udanego mariażu turystyki, tradycji oraz rowerowej pasji. To dowód, że funkcjonowanie w trójkącie jest możliwe, a nawet przynosi niezłe rezultaty. Zapowiadało się, że nasz trzylatek, owoc owego związku, wbrew prawidłowościom wieku dziecięcego, będzie w czasie swoich urodzin bardziej kapryśny niż w roku poprzednim. Obawy okazały się płonne. Wprawdzie w niedzielę z rana ciut ciut się zmoczył, lecz pewnie tylko dlatego, że chciał symbolicznie zaznaczyć początek jesieni.
Natomiast sobotni wieczór należał niewątpliwie do tych, o których się zwykło mówić “chwilo trwaj”. Wszystko za sprawą Ani, Doroty, Małgosi i Joli, obdarzonych racjonalną inteligencją, która nie tłumi ich urody życia, dziewczęcego wdzięku, czy kompatybilności w tańcu. Gdyby tak jeszcze ich lekko frywolną elegancję można było przyprawić szczyptą rozwiązłości… Autor ma świadomość ryzyka, że może to być odebrane jako uwaga w stylu “Zuzanna i starcy”… niech to więc pozostanie w sferze niezobowiązującej, ulotnej sugestii. W każdym aspekcie to były udane urodziny, spontanicznie zdominowane przez kobiecy żywioł. Mamy jednak nadzieję, że taneczny Rysio oraz jego pięciu asystentów miało jakiś drobny aktywizujący wkład w to przedsięwzięcie… Powodowani niemerkantylną motywacją, oprócz zasług, które trudno zmierzyć, dziękujemy Paniom także za materialny wkład w przygotowanie przyjęcia urodzinowego:
Ani za tort, który stał się symbolem klubowych urodzin, o delikatnym smaku z czeremchową nutą. Logistyczny wysiłek włożony w jego przygotowanie, to konsekwencja organizatorskiego talentu oraz dużej dawki życzliwości i dobrej woli.
Małgosi oraz Joli za szczodrą i szczerą niezawodność w sponsorowaniu uroczystości urodzinowych oraz innych, organizowanych przez Towarzystwo.
Dorocie za wyrafinowaną substancję prozdrowotną, a przede wszystkim za prezenty, które otrzymała redakcja. W poczuciu niegodności tychże, cieszymy się trochę faryzejsko, że nagradzanie w imieniu czytelników weszło Dorocie w nawyk…
Nawiązując do sztandarowego hasła współczesnych sufrażystek wypada stwierdzić jednoznacznie: Kieleckie Towarzystwo Rowerowe jest KOBIETĄ, co szczególnie w dniu Jego/Jej urodzin warto przypominać.
Niejako suplementem do klubowych urodzin, była nasza niedzielna wycieczka do pobliskiego Tarczka. Z rekomendacji Andrzeja, obejrzeliśmy tu z Jolą kościół pod wezwaniem św. Idziego. Piękna jednonawowa romańska świątynia z ciekawym tryptykiem w głównym ołtarzu oraz subtelnymi malowidłami nietynkowanych ścian z różowego piaskowca. Ten obiekt zupełnie nie potwierdza powszechnej opinii o romańskich budowlach średniowiecza. Wnętrze o doskonałych proporcjach. Brak, zakłócających przestrzeń filarów gotyku, czy dekoncentrujących ozdób baroku, oraz łagodne przejście nawy w prezbiterium powoduje, że przystrojone historyczną patyną wnętrze świątyni jest jasne i funkcjonalne. Otwarta przestrzeń czyni z niej paradoksalnie obiekt bardziej przyjazny i nowoczesny niż budowle późniejszych okresów. Obiekt godny specjalnej wycieczki rowerowej, wszak baroku w Polsce dostatek, gotyku również niemało, natomiast takich budowli romańskich jak na lekarstwo. Kościół w pobliskiej Świętomarzy to już całkiem inna architektoniczna liga. Oba obiekty jednak łączą piękne drewniane dzwonnice. To są oczywiście nasze, nieksiążkowe wrażenia.