Trasa wycieczki: Stawiło się w parku 20 osób, część odjechała siną dal… reszta w Morawicy podzieliła się na dwie grupy:
Grupa główna pod kierownictwem Andrzeja.
Trasa: Morawica, Zbrza, Ostrów, Nida, Brzeziny, Bilcza, droga p.pożarowa przy Dyminach na Biesak -Kielce. Dystans 55 km
Od Morawicy pojechaliśmy w kierunku punktu widokowego. W Zbrzy przystanęliśmy przy figurce NMP. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Sławek nie zauważył pewnego napisu, że do ogrodzenia zostały wykorzystane drążki skrętne z zawieszenia czołgu niemieckiego. Wjechaliśmy na wysokość punktu widokowego i naszym oczom ukazała się piękna panorama pasma małogoskiego – Czubatka nad Bolminem, Chęciny, Zelejowa, aż po Święty Krzyż. W pobliżu rosła w polu samotnie sosenka służąca do lepszej obserwacji terenu.
Przy rzece Czarna Nida w Ostrowie odpoczywaliśmy na różny dla siebie sposób, a podczas przerwy techniczno-sanitarnej na drodze szutrowej z Brzezin do Bilczy natknęliśmy się na jakiegoś gada o nieokreślonej tożsamości… haha. Nad naszymi głowami zaczęły gromadzić się czarne chmury, więc czym prędzej popędziliśmy w kierunku Kielc. Jednak krople deszczyku nie wystraszyły nas i postanowiliśmy jeszcze zaliczyć drogę p. pożarową od Dymin, około 6 km w kierunku Biesaka. Zakończenie wycieczki zwieńczył okrzyk „Brawo my!”
Tekst: Dorota, foto Dorota, Gosia
Grupa kameralna pod kierownictwem Ani
Trasa: z Morawicy przez Kuby Młyny do Marzysza oraz Kaczyna następnie przez Suków Modrzewie do Kielc. Dystans 55km.
Trudno sobie wyobrazić okoliczności, które by mogły popsuć nasz wyśmienity nastrój podczas ostatniej wycieczki majowej. Na domiar dobrego spędziliśmy trochę czasu u znajomych, u których nawet w listopadzie można się czuć majowo…
Trasa: Kielce-Biesak-Bialogon-Bolechowice-Zelejowa-Korzecko-Bolmin-Bocheniec-Wierna Rzeka. Dystans 65 km; wzięło udział 7 osób. Prowadzący – patrz tekst
Na zbiórkę przyjechało 6 osób, w tym dwoje twardzieli – Gosia i Jurek – uczestnicy Jednoprzymierza, zapewne reszta towarzystwa odpoczywała…. W Parku im. S. Staszica nabyliśmy wiatraczki w barwach narodowych i ruszyliśmy w drogę. I etap trasy Biesakiem, przez las do Białogonu poprowadziła Gosia.
II etap trasy z Białogonu przez Zgórsko do Bolechowic poprowadziłam ja (haha). Na miejscu spotkaliśmy moją kuzynkę Halinę, która chętnie do nas dołączyła. Podczas krótkiego odpoczynku uczestnicy mogli podziwiać jej ogród „włoski”. Jednak na pełny urok tego miejsca trzeba czekać na przełom czerwca i lipca, do kwitnięcia roślin.
III etap, z Bolechowic przez Zelejową do Bolmina, poprowadziła – Halinka (wyróżnienie). Zalew w Bolminie opustoszały jak na tą porę roku. Obecnie jest to teren prywatny ale my mieliśmy szczęście choć chwilę tam być. W skupieniu przyglądaliśmy się show-magikowi – Krzysztofowi. Jednym słowem było śmiesznie i zagadkowo…
Ponieważ pogoda majowa była łaskawa dla nas, pojechaliśmy w stronę Wiernej Rzeki. Urokliwe miejsce, jednak w tym dniu było szczególnie tłoczno. Rozpalony grill i ognisko zachęcało nas do biesiady. Dziękuję głównemu sponsorowi – Jędrkowi za kiełbaskę na grilla. Po sutej uczcie wracaliśmy tą samą drogą w kierunku Bolechowic aby bezpiecznie odstawić naszą „świeżynkę” do domu. Do Kielc wróciliśmy pod wieczór szczęśliwi i najedzeni….
Trasy wycieczek zamieszczono w zakładce „Ogłoszenia”. Wyjazd odbył się pod kompleksowym kierownictwem Ani i obejmował zaprojektowanie tras przejazdu, prowadzenie wycieczek, program pobytu oraz zakwaterowanie. Wzięło udział 12 osób.
Ostatnio wycieczkowym sprawozdaniom towarzyszyły suplementy. Skłonność do dywagacji pogłębia się z wiekiem i z czasem może się przerodzić w ględzenie, dlatego sprawozdanie z tegorocznego „Jednoprzymierza” będzie krótkie.
Właściwie zawiera się w jednym słowie kluczowym – ATMOSFERA.
Atmosfera ma wiele znaczeń, jednak w kontekście tego wyjazdu weźmiemy na tapet trzy:
1. Atmosfera w meteorologicznym sensie. Słoneczną i rześką pogodę przez wszystkie dni wycieczki przyozdobiło w drugim dniu malownicze tornado w Starej Kuźnicy. Tornado niczym to w Kansas z zeszłego piątku, tyle że w mini skali. Szkody też w mini wymiarze, w postaci przewróconego roweru. Zrządzeniem atmosferycznego losu doświadczyliśmy niepowtarzalnego widoku.
2. Atmosfera w sensie nastroju także udana. Pogodny nastrój z wieczornym tornadem, tym razem towarzyskim i również niegroźnym. Nic tak nie oczyszcza atmosfery jak wyrafinowane, soczyste pojedynki słowne, które pojawiają się tak szybko jak znikają…
Wśród przyjemnych chwil, były również przygnębiające, jak chociażby tragiczny los rodziny Gutów z ówczesnej wsi Korpusa k. Stąporkowa, rozstrzelanej przez niemieckich zwyrodnialców, za udział ich syna w oddziale majora Hubala. Jak się stoi w takim miejscu, które upamiętnia czyn nikczemny (rozstrzelali m.in. dwuletnie dziecko na rękach matki), to pogarda miesza się z nienawiścią mimo upływu lat. Zwłaszcza, że obecnie inni zbrodniarze w innym miejscu Europy jątrzą stare rany.
Niewesoło również nastraja kondycja niektórych społeczności lokalnych. Z warszawskiej perspektywy słychać skowronkowe pienie na temat samorządów, gdy tymczasem bywa, że na miejscu rzeczywistość skrzeczy gawronim głosem. Przykładu samorządowego zarządzania doświadczyliśmy podczas korzystania z nowego miejsca rekreacyjnego w Ciosowej. Gminny pociotek, któremu powierzono opiekę nad tym obiektem, zjawił się z pretensjami z powodu wprowadzenia rowerów na wspomniany teren. Pociotek ów najchętniej by zamknął teren na kłódkę, wtedy miałby święty spokój. Gdyby za przeproszeniem, gminne menadżerstwo z Miedzianej Góry przyswoiło sobie choćby stare jak świat tzw. „zarządzanie przez przechadzanie”, czyli gdyby zechciało ruszyć d… zza biurka, toby wiedziało, że wspomniany pociotek jest próżniakiem i zamiast dbać o porządek wszczyna konflikty. Może by go wówczas zastąpiono innym znajomym królika, nieco mniej próżniaczym…
W Smarkowie z kolei, stoi przy drodze malownicza kapliczka, nie zabytkowa i może umiarkowanie piękna, lecz pełna swojskich ornamentów i pobożnych świątków, którzy orędują nieustannie za smarkowiczanami i marzą by im woda nie kapała na głowy, bo piękny kopulasty daszek przecieka. Drabina, rolka papy i ciut dobrej woli… ale nikogo to nie obchodzi, ni sołtysa, ni proboszcza, tak jakby szacowny Smarków miał zabytków klasy zero na kopy. Żal nam było tych świątków, zwłaszcza św. Jana Chrzciciela, który nie dość, że stoi w kącie bosą stopą w symbolicznej wodzie, to jeszcze tynk mu się sypie do oczu…
To są pozornie drobne sprawy lecz bardzo symptomatyczne dla kultury funkcjonowania wielu społeczności lokalnych.
Nasi nieobecni koledzy byliby usatysfakcjonowani, ponieważ niemal połowę tras przebyliśmy malowniczymi leśnymi ścieżkami, w tym kilka kilometrów w iście hardkorowych warunkach.
Długo by jeszcze opowiadać o tym co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy podczas tej udanej wycieczki…
3. Atmosfera to również jednostka ciśnienia. To atmosferyczne wysokie – 116 hPa. Za to ciśnienie tętnicze, co zrozumiałe, mieliśmy mocno zróżnicowane…
Dziękujemy Ani za sprawne zarządzanie imprezą oraz jej uczestnikami. To przykład o wyższości inżynierskiego umysłu nad humanistycznym bałaganem.
Trasa wycieczki: Kielce – Morawica – Łabędziów – Zalipie – Zaborze – Górki – Skorzeszyce – Borków – Słopiec – Borków – Kaczyn – Marzysz – Mójcza – Kielce. Dystans 70 km. Wycieczkę prowadził Andrzej. Wzięło udział 21 osób. Dojechało do mety 8 osób. “Zaginęło” po drodze 13 rowerzystów w tym prowadzący.
Wszystkie wycieczki byłyby do siebie podobne, gdyby nie to, że każda oferuje coś co może nas zachwycić. A jeśli tak nie jest to może nie umiemy lub nie mamy ochoty tego dostrzec. Tak by się zapewne stało i tym razem gdyby Andrzej nie skierował naszej uwagi na zielony dywan Hedera helix, który zmienił drzewa w Parku Baranowskim w smukłe zielone kolumny. Ten żywotny bluszcz pospolity ma o tej porze swoje wegetacyjne pięć minut, ozdabiając park na podobieństwo lasu deszczowego. Już niebawem ukryje się w liściach drzew czekając cierpliwie do następnej wiosny, by znów ktoś wrażliwy na piękno zwrócił na niego uwagę…
Wśród miłych przeżyć należy również odnotować uroczystości imieninowe Marka, które się odbyły pod wiatą w Morawicy. Skądinąd jak się ma taki super katering domowy jak Marek, to imienin nie da się obchodzić byle jak. Atmosfera imieninowa wyśmienita, życzenia dla Solenizanta szczere, a “sto lat” odśpiewane tak pięknie, że najlepszy chór Harlemu lepiej by tego nie zrobił.
Szkoda, że te pogodne chwile były naznaczone ponurymi wydarzeniami. Nasz wyjazd rowerowy przypadł bowiem w dniu, w którym mija dokładnie dwa miesiące od rosyjskiej napaści na Ukrainę. Ta koincydencja sprawia, że relacja z wycieczki została zdominowana przez problemy wojennej natury.
Nie ulega wątpliwości, że postępujący proces globalizacji gospodarek oraz społeczeństw powoduje, że na naszych oczach tworzy się nowa doktryna wojny globalnej. Jednak niektóre państwa UE zachowują się tak jakby nie zdawały sobie z tego sprawy. Wojna globalna destabilizuje światowe powiązania gospodarcze i polityczne. Rzecz w tym aby zrozumieć, że w takich warunkach rosyjska agresja nie może być postrzegana jako konflikt lokalny, zatem obiektem napaści jest nie tylko Ukraina lecz także reszta Europy oraz jej polityczni sojusznicy. Skoro jesteśmy stroną konfliktu, to udział poszczególnych krajów nie należy traktować w kategoriach pomocy tylko w kategoriach kosztów, które trzeba ponieść wspólnie aby pokonać agresora. Słowo pomoc sugeruje bowiem fakultatywny charakter zaangażowania i dotyczy organizacji pozarządowych czy osób fizycznych, podczas gdy zaangażowanie państw powinno być w tym przypadku obligatoryjne.
Z reguły skutki wojny globalnej są niesymetryczne i wynikają m.in. z różnicy potencjałów gospodarczych stron. Tak jest na szczęście i w tym przypadku. Negatywne skutki dla Rosji – agresora, są nieporównywalnie większe niż dla drugiej strony konfliktu. Żeby pokonać najeźdźcę, należy wspomnianą przewagę wykorzystać. Bezwarunkowe, totalne przerwanie więzi z Rosją oraz przede wszystkim szybkie, pośrednie oraz kompleksowe zaangażowanie krajów demokratycznych w działalność wojenną, to jedyny sposób na pokonanie wroga. Dyplomatyczne gierki państw zachodnich typu: dyskusja, dialog, negocjacje, rozmowy, komunikacja, wymiana poglądów z agresorem to w tej sytuacji zadanie dla tzw. pożytecznych idiotów.
Wojna jest jak pożar, aby go ugasić trzeba mieć możliwość blokowania dostępu tlenu. Czerpiąc z biblijnej przypowieści: skoro rakietą i węgolowodorem wojujesz to od rakiety i węglowodoru zginiesz…
Niestety, jak wspomniano, z trudem to dociera do tych, do których powinno. Unijni kunktatorzy o gębach pełnych integracyjnych frazesów, którzy boicie się stracić 2% PNN, wylejcie sobie kubeł wody na głowę, może doznacie otrzeźwienia, zwłaszcza jak stracicie w wyniku zaniechania dziesięć razy wiecej… Jeśli jednak nie potraficie intelektualnie ogarnąć sytuacji, to kupcie sobie kevlarowe kamizelki i zamiast squasha trenujcie zbieganie po schodach do swoich bejsmentów… najlepiej w rowerowych kaskach…
PS. Sądzimy, że to dobra okazja aby podziękować kolegom za ich aktywność na rzecz pomocy uchodźcom wojennym z Ukrainy. Na Ponidziu o takich ludziach zwykło się mówić “człowiek dobry z kościami”. Swoją drogą to symtomatyczne, że patron naszych darczyńców św. Krzysztof już w średniowieczu został zaliczony przez Kościół do grona Czternastu Świętych Wspomożycieli…
Trasa wycieczki: Kielce – Dąbrowa – Kajetanów – Gruszka – Ścięgna – Zagnańsk – dąb Bartek – Samsonów – Ćmińsk – Bobrza – Porzecze – Bugaj – Szczukowice – Kielce. Dystans 50 km. Wycieczkę prowadził Leszek w asyście Krzysztofa. Wzięło udział 10 osób.
Wycieczka, którą odbyliśmy w dniu Wielkanocnym skłania również do refleksji ogólniejszej natury.
Jadąc rowerem poza miastem nawet mimo woli dużo się widzi. Zwłaszcza zmiany zachodzące w przyrodzie rzucają się w oczy. Trudniej zauważyć przemiany społeczne, bo te zachodzą wolniej i w przeciwieństwie do przyrodniczych bardziej liniowo niż cyklicznie. Naturalnie, doświadczeni rowerzyści społeczne metamorfozy dostrzegają wyraźniej. Lecz nawet mając praktykę rowerową niezbyt imponującą, co nieco można zaobserwować. Dlatego pozwoliłem sobie na kilka refleksji dot. zmian na wsi, dostrzeganych z perspektywy jadącego rowerem.
Pozamiejski krajobraz społeczny w ostatnich latach zmieniał się radykalnie. Ludzie bardziej niż kiedyś dbają o porządek. Obornik i błoto zniknęły z podwórek, w ogródkach wg lokalnej mody piękne rabatki tudzież łabędzie z bielonych opon, a w oczkach wodnych pływają plastikowe kaczki. Żywych nikt nie hoduje, aby strzyżonych trawników nie brudziły. Skądinąd trawy coraz mniej, ustępuje przed kostką brukową układaną w fantazyjne wzory, szczelnie pokrywającą obejścia. Na tej betonowej pustyni żadnego stworzenia, nawet kot latem nie przebiegnie, bo się boi żeby łap nie poparzyć. Kiedyś chmary wróbli zażywały kąpieli w podwórkowym kurzu, podkradając w przerwach ziarno kurom. Teraz ni drobiu ni kurzu, ni wróbli. Jak przypadkiem bocian gniazdo we wsi zasiedli, to go miejscowi w telefonie podglądają, zamiast klekotu na żywo posłuchać. Jaskółki pod okapem nie uświadczysz, bo muchy wraz ze zwierzętami przepadły. Stodoły również znikły, a jeśli jakaś została, to zamiast zboża das auto w niej stoi i olejem brudzi klepisko. Dlatego kuna, czy inny tchórz jakiś, zamiast jajkiem się pożywić, z irytacji przewody hamulcowe gryzą. Ciężkie życie dla dzikiego zwierza nastało, siwa wrona kurczęcia, czy lis kury nie złapie, dlatego teraz miejskie życie prowadzą, rezydując w śmietnikach. Studnie, które kiedyś były centrum podwórkowej agory, teraz tylko studnie udają, bo woda dawno w nich wyschła. Wszystko ogrodzone betonowym płotem, co udaje drewniany. Niegdyś płot niczego nie musiał udawać, deszcz mu sztachety rzeźbił i z czasem powoli ku ziemi się chylił, razem z gospodarzem co go stawiał…
Dawniej chociażbyś w ciemnych okularach jechał to i tak wiedziałeś, że przez wieś jedziesz. A to krowa zaryczy, bo jej wymię mlekiem wezbrało, a to chłop kosę klepał, a jak klepał to wiadomo, że w czas żniw albo sianokosów jedziesz. Bez patrzenia czuć było, kto obornik na pole wywozi, znaczy koniec kwietnia i rychło ziemniaki trzeba sadzić. Jak rankiem jechałeś to pianie kogutów się niosło. Teraz cisza, o drogę nie spytasz bo nikogo na dworze nie uświadczy. Do niedawna to choć wsiowi rezydenci pod sklepem dyżury trzymali, obecnie sklepy przepadły to i onych wcięło.
Wszystko po nowemu, tylko kundle, jak kiedyś, latają po drodze pomimo betonowych płotów i ujadają zaciekle, żeby na miskę strawy zarobić… Chociaż i one niedługo, wzorem tych miastowych, będą siedzieć przed telewizorem i pogryzać suchą karmę z woreczka…
Ad rem: śmigus oraz dyngus to kiedyś nie związane ze sobą obrzędy. Śmigus jest odmianą staropolskiego – śmigać oznaczającego chłostę lub zapłodnienie. Z różnych względów zrezygnowaliśmy ze śmigusowania w tym stylu, zwłaszcza podczas wycieczki rowerowej…
Dyngus z kolei, to wiosenne kolędowanie po domach, połączone z przyjmowaniem datków w postaci jedzenia i picia. Te dawne obrzędy przyjęły współcześnie postać lanego poniedziałku. Nasz poniedziałek był co najwyżej lekko psikany. Dzięki Dorocie, która potraktowała uczestników strumyczkiem ze swojego przyrządu. Mężczyźni za wyjątkiem Rysia, który naznaczył dziewczyny bardzo drogą “perfumą”, zachowywali się w tym względzie bardzo powściągliwie, by nie rzec biernie. Może z uwagi na chłodną pogodę, a może ze względu na przesadny umiar w krotochwilnych zabawach, charakterystyczny dla oldskulowych dżentelmenów…
Jest taki okres wiosenną porą, gdy nagą prawdę widać najlepiej. Zimą bywa, że trochę ją śnieg przykryje, a latem litościwie zielsko nieco zasłoni. Jadąc na rowerze wczesną wiosną, nawet nie trzeba się rozglądać, żeby tę plastikową prawdę o nas samych dostrzec. Pełno jej w przydrożnych rowach i lasach. Powiedzenie “moja chata z kraja” trafnie opisuje ten ludzki prymityw. Na poziomie jednostki udało się gdzieniegdzie okiełznać te naganne zachowania. O świętokrzyskich ludziach jeszcze tego powiedzieć się nie da.
Już miałem nadzieję, że w tym roku nad śmieciarzami nie będę się znęcał. Pierwszą część wycieczki przejechaliśmy bowiem w czystym otoczeniu, mniej więcej do Borkowa. Dalej coraz gorzej. Na początek pryzma świetlówek przy ścieżce rowerowej z Borkowa do Kaczyna. Od mostków na Czarnej Nidzie, po obu stronach drogi, aż do Sukowa Modrzewie – rozciąga się Marzyszowsko – Sukowski śmietniskowy obszar chronionego krajobrazu. Rzeczywiście, mamy tu okazy śmieci pamiętające czasy zamierzchłe, począwszy od epoki bakelitu aż po współczesne wyroby z PET-u. Okoliczni mieszkańcy wspólnymi siłami rewitalizują obszar, gromadząc coraz to nowsze gatunki plastiku i szkła. Podejrzewam, że będą się starać o status dziedzictwa kulturowego dla tego miejsca… Jadąc następnie przez Suków Babie widać jedynie nieliczne kolorowe reklamówki w przydrożnym rowie, z daleka wyglądają jak kwiaty, może dlatego mieszkańcy ich nie sprzątają. Dalej przy ul. Folwark pobocze drogi pełne śmieci, nawet niektóre w workach, tyle że leżą tam od lat. Co ciekawe, leżą niemal tuż przed oknami domów po drugiej stronie drogi lecz widać, że to mieszkańcom widoku nie psuje…
Niestety, te negatywne cechy człowieczej natury replikują się również w dużej skali. Państwowym zwolennikom ekoideologii np. nie przeszkadza kupowanie świętego spokoju poprzez wywóz śmieci do biedniejszych krajów, by później zarabiać na inwentaryzacji śmieciowych archipelagów dryfujących w oceanach i udawać faryzejską troskę o środowisko. Wszyscy wiedzą, że problemu spychotechniką zlikwidować nie sposób. Żeby tego dokonać, należałoby spowolnić samonapędzający się cykl procesów – produkuj, kupuj, wyrzucaj, czyli wydłużyć cykl życia produktu oraz sprawić, żeby miał budowę pozwalającą na recykling lub biodegradację. To nie jest łatwe. Póki co: skoro z plastiku powstałeś w śmieć się obrócisz…
Tytuł niniejszego tekstu jednak sugeruje, że doświadczyliśmy podczas tej wycieczki także pięknych rzeczy, jak chociażby trzysta trzydzieści stopni panoramy świętokrzyskiej spod wieży triangulacyjnej w rejonie Kranowa, usytuowanej nieopodal DW764, czy malownicze ujście Belnianki, która lessową zawiesiną barwi w słońcu na złoto zbiornik w Borkowie. Było też trochę sentymentalnie podczas wizyty na zapleczu sklepu w Słopcu. To miejsce jest bowiem tak nasycone wspomnieniami, że nie mogło być inaczej. Ciut frustrujący był jedynie wykład z geodezji, mimo bardzo merytorycznych prelegentów recepcja słuchaczy raczej słaba…
Trasa wycieczki: Kielce – tereny leśne Stadion – Biesak Białogon i dalej spontanicznie – wiele zakrętów, zwrotów, zawrotów i zygzaków. Andrzej w poszukiwaniu atrakcji, kluczył niczym turecki Meander, stąd łatwiej byłoby ustalić gdzie nie byliśmy. Na pewno nie byliśmy w Bęczkowie. Dystans ok. 60 km. Wzięło udział 8 osób.
Z oczekiwaniem na niedzielne wycieczki jest tak, jak z czekaniem na Godota. Czekamy często bez sprecyzowanych oczekiwań…
Wyjazd w pierwszą niedzielę kwietnia miał po trosze taki charakter, nie był ani wyzwaniem, ani też nie wynikał ze szczególnie zachęcających warunków pogodowych. Zwykła niedziela, par excellence kwietniowa, z wilgotnym chłodem i ulotnym śniegiem, bardziej mokrym niż z śliskim. Stawiło się osiem osób, być może wiedzionych nawykiem lub chęcią prozdrowotnego ruchu czy też okazją do przełamania śródtygodniowej monotonii, nie wykluczone że nawet potrzebą estetycznych przeżyć.
Bez względu na powód wyjazdu, wszyscy uczestnicy tej wycieczki zdali egzamin z fizyki na poziomie rozszerzonym a w konsekwencji nie przestraszyli się skutków chwilowej zimy.
Potrafili bowiem właściwie skojarzyć następujące fakty: kilka ciepłych dni poprzedzających dwudniowy epizod zimowy, objawiający się dużą wilgotnością powietrza, opadami śniegu oraz umiarkowanie wietrzną pogodą z temperaturą wokół zera. Nawet bez wychodzenia z domu można było mieć pewność, że drogi będą suche, ponieważ zakumulowane ciepło w asfalcie szybko stopi delikatny śnieg, wiatr z kolei wysuszy drogi, że pola pozostaną lekko zaśnieżone, jako że gleba nagrzewa się wolniej niż asfalt a drzewa przystroją się bielą, ponieważ wilgotny śnieg łatwo oblepiał gałęzie. Andrzej, który się przyjaźni z przyrodą od lat, zdołał nas przekonać, że również ścieżki leśne będą tego dnia przejezdne i nawet na tych zaśnieżonych nie będzie ślisko. I tak zaiste było, przejechaliśmy lasem kawał drogi z zerowym bilansem praśnięć.
Swoją drogą, warto było tego dnia do lasu wjechać. Wprawdzie las ozdobiony szadzią lub szronem ma swoją urodę, lecz tym razem było pięknie bez ich pomocy. Jednak żeby obserwować wiosną drzewa w śnieżnej szacie w przyjaznej zerowej temperaturze, trzeba szczęśliwego zbiegu przyrodniczych okoliczności. Często bowiem nadmiar wilgotnego śniegu zmienia piękno w leśny kataklizm. My jednak podziwialiśmy ośnieżony las w subtelnym wydaniu. Słowem, rowerowe sakwy pełne zachwytów nad urodą leśnej zimy wczesnowiosenną porą. Mimo, że warunki w jakich odbywała się wycieczka udało się przewidzieć, to aby doświadczyć ich skutków trzeba było wsiąść na rower…
W ferworze zachwytu nad zaśnieżonym lasem, zupełnie zapomniałem o starym młynie na Bobrzy w Pietraszkach przy drodze w kierunku Szczukowskich Górek, do którego po wielu próbach udało się dotrzeć dzięki inwencji Andrzeja. Obiekt wart uwagi, pełen artefaktów dawnego czasu. Można tu obserwować dobrze zachowany zestaw trybów stożkowych głównego napędu, osadzony w pięknej konstrukcji, na solidnej sztandze przenoszącej napęd z koła wodnego. Obecnie na tego typu obiekty patrzy się nie tylko jako na świadków minionego czasu. Są piękne swoją wyrafinowaną a zarazem solidną konstrukcją, zwłaszcza w czasach plastikowej brzydoty, która nie umie się starzeć. To dzieła sztuki w pełnym znaczeniu tego słowa. Chciałoby się je widzieć na eksponowanym miejscu, pzostające w swojej rdzawej patynie, póki nie padną łupem złomiarzy. Nieopodal stoi na deszczu oparty o ścianę blat stolarskiego warsztatu a w innym miejscu dogorywa drewniany młynek do czyszczenia zboża. Nikomu już niepotrzebne, bez szans na drugie życie. Dopóki tu leżą wzbudzają chociaż sentyment do czasów, których nie pamiętamy.
Na finał Krzysztof z Andrzejem ulepili po bałwanku. Jeśli się komuś chce lepić bałwanka, to znaczy, że wycieczki dobrze służą naszemu samopoczuciu.
Gdyby jeździł z nami Forrest Gump zapewne by stwierdził, że nasze wycieczki rowerowe są jak pudełko czekoladek – chociaż znasz kształt pudełka, nigdy nie wiesz co ci się przytrafi…
Trasa wycieczki: Z Kielc do Brzezinek, grupę 19 osobową prowadził Marek.
I grupa górska, 10 osobowa pod przewodnictwem Marka: z Brzezinek przez Barczę, Klonów, Kaniów, Zagnańsk do Kielc. Dystans ogółem ok 60 km.
II grupa równinna, 9 osobowa pod przewodnictwem Ani: z Brzezinek przez Ciekoty, Cedzynę do Kielc. Dystans ogółem ok. 45 km.
Niezależnie od upodobań warto czynić starania, aby rowerowa rekreacja była chociaż trochę urozmaicona. Jazdę rowerem można nieco wzbogacić odrobiną przyrody, choćby po to, aby ukoić znużony wzrok zielonym kolorem. Nie jest to łatwe jak się jedzie jeszcze szarą i zimną wiosną, w dodatku trasą z Brzezinek do Cedzyny – tak dobrze znaną, że już zupełnie wypłowiałą z ciekawości. W takich okolicznościach dalsze kontynuowanie jazdy mogło się skończyć wypaleniem rekreacyjnym. Dlatego należało się zatrzymać z byle jakiego powodu lub pod byle jakim pretekstem. Tak też uczyniliśmy – pierwszy postój w Ciekotach z powodu przerwy na śniadanie, drugi w Cedzynie pod pretekstem przerwy na śniadanie, gdzie bardzo podniosła nam nastrój butelka koncentratu askorbinowego będąca przez moment własnością Krzysztofa. Fascynujące było obserwować jak to piękne naczynie ze szlachetnego szkła jenajskiego, w miarę upływu czasu zmieniało kolor w słońcu, z ciężkiego ciemnozielono – brązowego aż po opróżniony lekko turkusowy…
Będąc pod wrażeniem przyjemnie spędzonego czasu nad zalewem, polecamy również inne ciekawe sposoby wykorzystania przerwy śniadaniowej. Świetnym relaksem jest np. obserwacja chmur. Chodzi o ich możliwości pareidoliczne – czyli dopatrywanie się znanych kształtów czy postaci. Warto prowadzić obserwacje zespołowe, choć skojarzenia bywają niejednoznaczne i mocno subiektywne, np. koleżanka dostrzega w pięknym cumulusie profil G. Clooney’a podczas gdy ty, patrząc na to samo, widzisz Sharon Stone w ulubionej scenie z “Nagiego instynktu”… Można również skupić uwagę na mrowisku, śledzić skaczące wiewiórki, podglądać bobra, czy też patrzeć na stare drzewa. Z drzewami trzeba uważać, bo niektóre detale zawężają pole wyobraźni powodując nieobyczajne skojarzenia. Dobrze usposabia patrzenie w dal, jednak należy to robić w miarę możliwości bezmyślnie, czyli tępym wzrokiem. Polecane szczególnie dla tych, którym to łatwiej przychodzi. Wróżenie z liści grochodrzewu systemem “kocha nie kocha” również dobrze relaksuje, wystarczy tylko pamiętać żeby zacząć od “kocha”.
Są wreszcie korzyści ekonomiczne z aktywnego spędzania pory śniadaniowej. Niektóre spostrzeżenia bowiem mogą być tak absorbujące, że nawet nie zwrócimy uwagi na to co jemy. Dlatego zamiast szynką można przyozdobić kanapkę mortadelą i zaoszczędzić sporo grosza…
Jak wynika z relacji Doroty, w nieco odmienny sposób, lecz równie skutecznie szukała wrażeń pierwsza grupa wycieczkowiczów:
I grupa (10 osób, w tym 2 kobiety) pod przewodnictwem Marka pojechała w kierunku Klonowa. Przy słonecznej pogodzie mogliśmy podziwiać piękną panoramę Gór Świętokrzyskich. W trakcie jazdy nastąpiła pewna modernizacja trasy na Występę. Krzysztof zaproponował ominięcie tego trudnego odcinka jazdy i pojechaliśmy skrótem, drogą szutrową w stronę Kaniowa. Była to mądra decyzja… Wszyscy uczestnicy byli happy. Tam odbył się kolejny postój na odpoczynek. Wróciliśmy do Kielc będącą obecnie w modernizacji trasą Zagnańsk – Kielce. Przy wiadukcie nastąpiło rozwiązanie wycieczki. DZIĘKUJEMY Markowi oraz Krzysztofowi za tę interesującą trasę wycieczki.
Trasa wycieczki: Kielce – Szczukowskie Górki – Jaworznia- Zalesie – Białogon – Kielce. Dystans 25 km. Wycieczkę prowadził Andrzej. Wzięło udział 19 osób.
Tradycja ma konserwatywną naturę, zmienia ją jednak kontekst społeczny. Innymi słowy jest kultywowana w warunkach zmieniającego się otoczenia. Dlatego postanowiliśmy, że tegoroczny obrzęd – Topienie Marzanny – wykorzystamy jako pretekst do potępienia rosyjskiej agresji na Ukrainę. Uważamy bowiem, że każda okazja dobra, aby złu przywalić. Mistyczna formuła tego spotkania, nadaje wyrażanym opiniom szczególną sprawczość. W dodatku odwołuje się do przyrodniczych żywiołów, które są piękne w swej naturze również dlatego, że bywają groźne. Postanowiliśmy więc zaprząc niszczycielskie moce przyrody do realizacji szlachetnego celu.
W tym roku polska zimowa Marzanna ustąpiła miejsca ukraińskiej wiosennej Rasputicy, aby destrukcyjną moc tej ostatniej wykorzystać jako oręż w walce o wolną Ukrainę. Rasputica w języku ukraińskim to okres, w którym drogi gruntowe tego kraju stają się trudno przejezdne wskutek roztopów czy intensywnych opadów. Nawiasem mówiąc, ten problem dobrze znają nasi koledzy, którzy odwiedzali na rowerach zachodnią Ukrainę.
Tegoroczne obchody “Topienia Marzanny” miały formę antywojennego mitingu petyckiego poprzedzonego przyrodniczym prologiem Andrzeja, z trującym wawrzynkiem wilczełyko – w roli zwiastuna końca zimy oraz pyszną szarlotką Basi – symbolem pomyślności we wszystkich dziełach KTR w nadchodzącym sezonie rowerowym.
W mitingu poetyckim wzięło udział siedmioro znanych aktorów scen rowerowych, dziesięcioro widzów oraz dwóch wyalienowanych obserwatorów. Wszyscy byli w pełnionych rolach bardzo autentyczni.
“Topienie Marzanny” - script
Niechaj zatem spłonie Marzanna by się odrodzić w Rasputicy
Innymi słowy:
Rasputica – na pohybel Ras...Putinowi!
Trasa wycieczki: Kielce – Białogon – Szczukowskie Górki – Szczukowice – Promnik – Strawczyn – Obllęgór – Oblęgorek – Chełmce – Brynica – Malików – Kielce. Dystans 50 km. Wycieczkę prowadził Stasiu. Wzięło udział 16 osób.
To już bodaj szósta wycieczka rowerowa w historii Towarzystwa, która wypadła trzynastego. Nie będziemy tu rozstrzygać czy to dzień pechowy czy nie. Nawiasem mówiąc, ci którzy uważają że pechowy, mogą stosować różnorakie antidota. Znajomy np. przed wyjazdem tego dnia, kopie trzy razy w lewą przednią oponę samochodu. Hamulców tym chyba nie naprawi, lecz na psychikę działa.
Uwagi o marcowej trzynastce są nawiązaniem do tragicznego zdarzenia, które dało asumpt rozważaniom nad naturą ludzkich zachowań.
Otóż 13 marca 1964 roku, 29 – letnia mieszkanka Nowego Jorku została brutalnie zamordowana przed swoim domem w dzielnicy Queens. Całkowity brak reakcji wielu osób będących świadkami zbrodni, został opisany przez psychologów jako “syndrom Genovese”, czyli tzw. rozproszenie odpowiedzialności. To dość zgrabna koncepcja o sporej mocy wyjaśniającej zwłaszcza że, jak się wydaje, nawiązuje do znanej fizycznej zależności między ciśnieniem (p), siłą nacisku (F) oraz powierzchnią (S) – p = F/S, co czyni ją prawidłowością poniekąd uniwersalną. Lecz to już dywagacje, lub temat na inną okazję.
Wracając do sedna: niewykluczone, że rozproszenie odpowiedzialności to jeden z czynników, który powoduje, oględnie mówiąc, pasywną postawę większości społeczeństwa rosyjskiego wobec napaści ich kraju na Ukrainę. Wyraża się tym, że znaczna część Rosjan nie reaguje za zaistniałą sytuację, oglądając się na swych pobratymców postępujących podobnie. Szczególnie martwią takie zachowania osób wykształconych, często z uznanym międzynarodowym dorobkiem, od których się oczekuje odporności na manipulacje. Zrozumienie tych kwestii zajmuje wielu ludzi. Niech to zatem będzie drobny przyczynek do lepszej identyfikacji takich zachowań, chociaż w przypadku rosyjskiego społeczeństwa nie jest to łatwe zadanie.
Jakkolwiek nie sposób uciec w tych dniach od globalnych problemów, to rowerowe życie prowincjonalne, które wiedziemy, przecież jakoś się toczy. Wycieczkowe wydarzenia czy podejmowane decyzje zapewne nie wpłyną na losy świata czy nawet powiatu, lecz ważne by dla nas były pożyteczne. Jak choćby spora dawka słonecznej witaminy z której korzystaliśmy podczas ostatniej niedzieli. Cieszy również, że obecna na wycieczce Damska Piątka przezimowała w doskonałej formie, nie tracąc na urodzie, wdzięku czy kondycji, co było widać zarówno w słońcu jak i w cieniu…
A na finał doznania estetyczne przyrodniczej natury: rozległy widok spod kościoła w Chełmcach na Pasmo Oblęgorskie. Nagi, pozbawiony zieleni krajobraz, który teraz ujawnia subtelne, świetlisto – szare kolory, ożywione czerwoną plamą Oblęgorka. I to wszystko za darmo! Czegóż chcieć więcej w czasach gdy benzyna po siedem złotych…