Wszystko jest fizyką

23.04.2023 r.

Trasa wycieczki: Kielce- Energetyczne Centrum Nauki – rez. Sufraganiec – Tumlin – wzgórza Kostomłockie (kaplica p.w. Przemienienia Pańskiego z 1816 r. – Kostomłoty – Laskowa – przez las do Górek Szczukowskich – Kielce. Dystans 40 km., wzięło udział 17 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej wraz z asystentem ds. energetycznych.

Obcując z przyrodą, podczas każdej wycieczki jesteśmy z fizyką za pan brat, wszak to nauka przyrodnicza. Jednak wizyta w Energetycznym Centrum Nauki (ECN) niektóre zjawiska fizyczne, szczególnie te związane z energią, unaoczniła szczególnie. Procesy fizyczne najlepiej objaśniać w języku matematyki. Jednak nie będziemy w sprawozdaniu z wycieczki straszyć wzorami. Zwłaszcza, że pamiętam słowa prof. Hawkinga ze wstępu do “Krótkiej Historii Czasu”. Przestrzegano go mianowicie, że każde równanie jakie zamieści w tej popularnonaukowej książce, zmniejszy liczbę sprzedanych egzemplarzy o połowę. Spróbujmy zatem np. o energii mechanicznej opowiedzieć w sposób lekkostrawny…

W czasach powszechnego kultu energii kinetycznej warto dowartościować niedocenianą, choć przecież pożyteczną energię potencjalną, choćby z uwagi na jej przyjazną naturę. Z energii potencjalnej sprężystości korzystamy choćby w przerwie meczu wstając z kanapy po kolejną paczkę chipsów. Należy tylko uważać z kaloriami, by nie dopuścić do uruchomienia potencjalnej energii grawitacji w przypadku, gdyby się pod naszym ciężarem zapadła podłoga.  W przeciwieństwie do energii potencjalnej, jej kinetyczna kuzynka wymaga od nas ruchu, a podczas ruchu można się spocić, co przecież nie jest przyjemne…

Dzięki Andrzejowi, temperaturze i słonecznej pogodzie zgromadziliśmy również niezły zasób energii witalnej, równie przydatnej jak te poznane w ECN.

Tekst MS, foto Gosia, Jola.

Marzanna 2023

16.04.2023 r.

Trasa wycieczki: Kielce – droga pod Grabiną – rzeka Sufraganiec – Szczukowskie Górki – Jaworznia – Łaziska – Zawada – kamieniołom Szewce – Szewce – Słowik – Białogon – Kielce. Dystans 40 km, wzięło udział 17 osób. Wycieczkę prowadził Andrzej.

Mówiąc wprost, trochę przegapiliśmy tegoroczne topienie marzanny. Żeby jakoś wyjść z tej  kłopotliwej sytuacji należało w miejsce “topienia” wymyślić jakiś inny powód do świętowania.

Okazało się, że to starania zupełnie niepotrzebne. Magia tradycji oraz determinacja Andrzeja była tak wielka, że mimo poślizgu, udało się zorganizować “topienie marzanny” w starym dobrym stylu.  Pomogła w tym bez wątpienia siła perswazji prowadzącego wycieczkę, która skłoniła Dorotę do wykonania pięknej marzannowej kukły. Przyznaję, że mimo wcześniejszych prób, mnie się ta sztuka nie udała. To dowód, że Andrzej ma menadżerskie kwalifikacje i doskonale się nadaje na przwódcę rowerowego stada…

Słoneczna pogoda, urokliwe miejsce oraz liczne towarzystwo skropione przez Leszka złotym płynem  (nie tym o którym myślicie) spowodowały, że przyjemnie spędziliśmy to niedzielne przedpołudnie.

Było tak radośnie, że Marzanna zamiast w wodzie przycupnęła na sośnie i patrzy z góry zazdrośnie jak bobry z Sufragańca wyprawiają harce na starej wersalce…

Tekst MS, foto Gosia

Dyngus w czasach posuchy

10.04.2023 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – Brzeziny- Morawica – Kuby Młyny – Marzysz – Suków – Mójcza – Kielce. Dystans 55 km, czas wycieczkowania 7 godzin, tym razem wzięło udział 8 osób. Wycieczkę prowadził Leszek.

To już trzecia wycieczka dyngusowa w historii naszego Towarzystwa. (W 2020 r. nie odbyła się z uwagi na pandemię). Dwie dotychczasowe były bliźniaczo podobne, obie prowadził Leszek tą samą trasą i na podobnym dystansie. W jednej i drugiej wzięło udział 10 tych samych osób. [sic!]

Tak, tak – są takie wydarzenia, jak mawiał Ferdek Kiepski, o których się fizjologom nie śniło!

Oczywiście mogliśmy sprawić by trzeci dyngus był podobny do poprzednich, przynajmniej z formalnego punktu widzenia, zwłaszcza że zrządzeniem losu wycieczkę znów prowadził Leszek. Lecz w czasach klimatycznej schizofrenii, gdy deszcze obfite, lodowce się topią, Kiribati tonie, chociaż wody coraz mniej, już nie wiadomo jak się zachować pro eco. Dla spokoju sumienia przejechaliśmy w słonecznym cieple wiosennym kilkadziesiąt kilometrów, bez dyngusowego marnowania tego cennego zasobu. Nawet przyroda nas pokropiła przed Morawicą tyle co kot napłakał. Również Doroty nie udało się wysmagać wierzbowymi witkami zgodnie ze śmigusowym zwyczajem, w miłym rewanżu za poprzednie dyngusowe wycieczki, podczas których polewała nas obficie.

Aby jednak zupełnie nie ignorować tradycji, udało się Leszkowi znaleźć trochę błota, w którym utaplaliśmy chociaż rowery, bo lany poniedziałek, jakby nie patrzeć, to przecież święto wilgoci…

Tekst MS, foto Dorota

Motywacja na deszczową pogodę

2.04.2023 r.

Trasa wycieczki: prawdopodobnie w kierunku Sukowa. Dystans oraz prowadzący nieznany. Stawiło się na zbiórkę 8 osób w tym dwie zrezygnowały z wycieczki.

Niniejsza “parambuła”, jak mawia Leszek przywołując klasyka, jest w pewnym sensie echem tych czterystu tysięcy kilometrów, które były powodem miłego spotkania ostatniej niedzieli.

Osoby dla których jazda na rowerze jest co najwyżej lekkim hobby, mogą się dziwić jak często ta skłonność zamienia się w pasję, oczywiście nie szewską tylko taką, której desygnatem jest wyższy stopień zaangażowania. Przykładem takich zachowań było uczestnictwo w ostatniej wycieczce.

Bez względu na to jaka intencja skłoniła każdego z uczestników* wycieczki do rowerowej aktywności, nasza motywacja musiała być silna, skoro udało się wyjechać z domu w tak kapryśną, deszczową porę. Mnie oraz Leszkowi wystarczyło jej niestety jedynie aby dojechać na miejsce zbiórki i powrót do domu. Chcemy wierzyć, że pozostała szóstka otrzymała choć trochę motywującej dopaminy, żeby kontynuować wycieczkę, a może nawet serotoninowy zastrzyk dobrego samopoczucia. Tak właśnie rodzi się rowerowa pasja. Ona to powoduje, że jazda na rowerze jest w stanie poprawić nastrój nawet anhedonistom w deszczową porę.

* Autor przeprasza za brak feminatywów

Tekst MS, foto Gosia