13.12.2020 r.
Poniżej dostępny jest link do nagrania z naszego spotkania wigilijnego. Film zrealizował Zbyszek, natomiast montaż zrobiła Jola. Miłego oglądania!
https://drive.google.com/file/d/1pkPsDeU-iSDKjXkkxbzagsXzAG4A8qyP/view?usp=sharing
Dbając o to, aby słowa możliwie najlepiej oddawały stan rzeczy, nasze niedzielne spotkanie proponuję nazwać wigilią roratną. Termin nawiązuje do porannej mszy św., czyli rorat odprawianych w adwencie tzn. w czasie oczekiwania na przyjście Pana, w przeciwieństwie do wigilii właściwej, która jest już czuwaniem bezpośrednio przed Jego narodzeniem. Jednak, aby nie być posądzonym o nietolerancję, można wzorem Holendrów, w imię poprawności politycznej nazywać wigilię “uroczystym śniadaniem w restauracji”. Tę semantyczną zabawę dobrze oddaje parafraza znanej logicznej sentencji: “Czymże jest wigilia? To co my Polacy zwiemy wigilią, pod inną nazwą również choinką pachnieć będzie.
Obrzędów, podań, zwyczajów, czy przesądów w polskiej tradycji wigilijnej jest więcej niż gołębi na krakowskim rynku. Nie zabrakło ich również na naszym spotkaniu. Wybraliśmy je wg sybaryckiego klucza – coś dla ducha i ciała. Część kulinarną wigilii poprzedziły jasełka, udatnie przygotowane i wyreżyserowane przez Jolę. To była właściwa kolejność, bowiem artysta głodny jest artystycznie bardziej płodny. Przedstawienie bardzo udane, aktorzy choć już z artystycznym doświadczeniem, to nie pokazali rutyny a wręcz przeciwnie, pełne zaangażowanie w każdym aspekcie. Zadbali o piękne kostiumy, które pozostawały w harmonii z artystycznym przekazem. Trzeba wytrawnego recenzenta żeby kogoś wyróżnić. Mimowolnie wyróżniłem się sam zapominając kwestii. Odrzucam pomroczność jasną. Bliższy jestem tezy, że rozproszyły mnie bałamutne myśli o tym, co może wynikać z faktu, że jestem teatralnym mężem mojej świetnej partnerki… Podsumowując, nasz towarzyski teatrzyk dobrze rokuje, zwłaszcza pod nową dyrekcją.
Pamiętaliśmy oczywiście także o starej polskiej tradycji, że po wigilii wypada aby niedomagać z przejedzenia. Jeśli u nas do tego nie doszło, to bynajmniej nie z przyczyny ubogiego stołu, lecz miejsca wigiliowania, które prowokowało do ruchu oraz oferowało nieprzebrane zasoby żywicznego powietrza doprawionego odrobiną smogu. Nie z powodu grzesznego łakomstwa, lecz z powodu tradycji, godzi się wspomnieć o wigilijnych potrawach, pod którymi uginały się stoły. Przypomnijmy je zatem w alfabetycznym porządku, dziękując tym co je stworzyli.
Dorota dała kulinarny popis swoim barszczykiem w kolorze młodego burgunda. Gdyby hejterzy “Soku z buraka” choć raz spróbowali barszczyku Doroty, spaliliby by się ze wstydu postponując to zacne warzywo. Natomiast o wyśmienitych keksach Moniki oraz Kasi GoodFood powinien zrobić program promocyjny. Z kolei paszteciki Ani oraz pasztetowe wyroby Kasi to bliscy kuzyni znamienitych pasztetów strasburskich. Gdyby dziewczyny serwowały swoje dzieła w restauracji, to już dawno by ich pasztety świeciły Gwiazdkami Michelin’a. Nikt się też nie spodziewał, że Krzysztof dysponuje tak rozległą paletą kulinarnych talentów, od chłopskiego smalcu, który nam serwował onegdaj, po wykwintny pasztet selerowy, za sprawą którego, gdyby chciał, miałby wokół siebie wianek młodych weganek. Śledziowy asortyment oferowany przez dwie Małgosie oraz Jolę, precyzyjnie ocenił jeden z ekspertów słowami: “każdy z śledzików pyszny inaczej”. Należy mu wierzyć, bo często śledzikiem “zakansza”. Próbując greckich tzatzików Grażynki, współczułem Amerykanom, dla których podobno najbardziej smakowitym daniem jest popkorn z masłem. Jej sałatki z tuńczykiem nie zdążyłem skosztować, lecz skoro była siostrą tzatzików to nie mogła być inna niż wyśmienita. Może Monika oraz Kasia wystawią kiedyś swoje keksy na targach cukierniczych ExpoSweet. Należy się ich keksom honorowe miejsce obok belgijskich pralinek. Ciasta Joli nie oceniam, ponieważ ze względu na polityczną poprawność nie mogę wymienić jego nazwy. Podobnie kuleczki Ani, które, choć apetyczne, miały jednak „niepoprawny” kolor.
Panowie solidarnie uzupełnili wigilijny stół tym, co jest solą ziemi każdego wesołego spotkania…Na szczególną uwagę zasługuje grzaniec przygotowany przez Kasię, będący wynikiem skomplikowanej sekwencji zdarzeń K- L- R – K., czyli Kasia, która zrywała winne grona, Leszek, który je przekazał Rysiowi, który je z kolei zmienił w wino oraz Kasia, która jako się rzekło wyczarowała z niego pyszny korzenny grzaniec. Widać, że najmniejsze zasługi położył Leszek, dlatego też nie był dopuszczony do grzańcowej degustacji. Ja chciałem zaserwować kulinarną kompozycję w stylu foodpairing, czyli słodkie wino zakąszane ogórkiem dużosolnym, lecz zapomniałem ogórków. Wprawdzie stały w słoiku kiszone ogórki Krzysztofa, lecz robiły za podstawkę wigilijnej świecy i nikt nie śmiał ich użyć w innym celu…
Oczekiwanie często rodzi zniecierpliwienie bywa również irytujące. Z pewnością nie dotyczy to jednak naszego oczekiwania adwentowego, którego emanacją była ta piękna wigilia.
Tekst MS; foto Jola, Stasiu