Noworoczny Bal Kaszankowy – wydanie II obostrzone

27.12.2020 r.

Nasz tradycyjny Bal Kaszankowy to już wydarzenie czasu przeszłego. Ktoś powie – jakiż on tradycyjny skoro miał miejsce dopiero drugi raz. Jak zwał, tak zwał – ważne, że mieliśmy ochotę, żeby trochę odreagować ten trudny czas. Odbył się ciut wcześniej niż powinien, dobrze jednak, że nie podzielił losu setek innych imprez, które pandemia zmiotła z kalendarza. Oczywiście perspektywa zabawy w tym okresie mogła budzić refleksje. Jednak mimo wszystko impreza przeprowadzona w słonecznym plenerze, zgodnie z wymogami pandemicznymi, udała się znakomicie. Kto baluje ten wie, że oprócz przeglądu damskich kreacji, główną czynnością wykonywaną na balu jest… balowanie. Bywa, że przyjmuje formę tańca lub postać mniej wyszukanych balowych zachowań. Na wielu balach zabawa sprowadza się do cyklicznego pokonywania trasy między parkietem i stołem. W istocie tańczy się w rytm tego, co wydaje kuchnia. Ruchem kieruje ktoś w rodzaju balowego policjanta, czyli tzw. wodzirej. Chcieliśmy tego uniknąć starając się aby rzeczy działy się samorzutnie, acz w covidowym porządku. Za sprawą didżejek – Doroty oraz Kasi został wylansowany taniec pod nazwą coviddance, który nie jest ani standardem, ani tym bardziej latino. Tempo wedle życzenia; może być szybszy od oberka lub w tempie muzycznego adagio molto, czyli tak wolnym, że między jednym krokiem a drugim można nawet coś przekąsić. Zaleca się, aby coviddance uprawiać w ogniskowym anturażu, ogień bowiem działa wirusobójczo. Ponadto coviddance można tańczyć w modnych obecnie parach dowolnopłciowych, ponieważ z uwagi na dym z ogniska, słabo widać z kim tańczymy. Co się tyczy innych, pozatanecznych zajęć balowych, to większych innowacji nie było. Mimo że nikt niczego nie regulował wesoło było i miło.

Pozdrawiamy garnek szeroko-płytki oraz jego partnerkę chochlę po przejściach – bohaterów ubiegłorocznego balu z nadzieją, że będziemy mogli ich zaprosić w następnym roku.

Korzystając z okazji, dziękuję balowiczom za życzenia oraz poetycko-muzyczne i słodkie prezenty z okazji imienin, które to imieniny mimowolnie się przykleiły do balowej imprezy.

PS. Przypomnę, że w naszym kalendarzu zadomowiły się na stałe cztery imprezy towarzyskie tj. Noworoczny bal kaszankowy, Powitanie wiosny, Spotkanie rocznicowe KTR oraz Wigilia.

Tekst:M.S.; foto JS

Białogon- kraina trzech rzek

20.12.2020 r.

Trasa wycieczki: Z centrum na Białogon. Wycieczkę prowadził Andrzej. Wzięło udział w covidowych podgrupach 14 osób, dystans 23 km.

Zgodnie z zapowiedzią, wycieczka w okolice Białogonu była bardzo merytoryczna. Zagadnienie sformułowane przez Andrzeja jako: zmiany sieci hydrograficznej na przestrzeni stuleci, autor ujarzmił merytorycznie bez zarzutu, pomimo że problem wymagał wiedzy z zakresu techniki, historii oraz nauk przyrodniczych.  Te różnorakie puzzle zgrabnie poskładał w istotę rzeczy. Dlatego nie ma potrzeby powtarzać tu kwestii, które były poruszone podczas wycieczki, pozwoli to zarazem  uniknąć sytuacji z rodzaju “zebrał i skomplikował”.  Kto chciał to przyjechał i się z nimi zapoznał. Dziękujemy Andrzejowi za merytoryczne przygotowanie wycieczki. Jego wywody są spójne i jednocześnie, co cenimy szczególnie, nie stanowią “zbioru prawd objawionych”, pozostawiając pole do dyskusji. Pozostają mi np. w pamięci malownicze meandry Silnicy i na temat ich morfologii mam pewne refleksje – już się cieszę na dyskusję.

Podczas wycieczek rowerowych najczęściej głowa pomaga rowerowi np. pilnuje żeby nasz rower nie zderzył się z rowerem koleżanki, nie przejeżdżał na czerwonym świetle, podpowiada kiedy ustabilizować błędnik, aby nie wjechał do rowu itp. Tym razem to rowery pomagały głowie, ponieważ, za sprawą Andrzeja, zawiozły nas w miejsce, które oferuje ciekawe problemy wymagające zaangażowania szarych komórek.

M.S.

Wigilia 2020

13.12.2020 r.

Poniżej dostępny jest link do nagrania z naszego spotkania wigilijnego. Film zrealizował Zbyszek, natomiast montaż zrobiła Jola. Miłego oglądania!

https://drive.google.com/file/d/1pkPsDeU-iSDKjXkkxbzagsXzAG4A8qyP/view?usp=sharing

Dbając o to, aby słowa możliwie najlepiej oddawały stan rzeczy, nasze niedzielne spotkanie proponuję  nazwać wigilią roratną. Termin  nawiązuje do porannej mszy św., czyli rorat odprawianych w adwencie tzn. w czasie oczekiwania na przyjście Pana, w przeciwieństwie do wigilii właściwej, która jest już czuwaniem bezpośrednio przed Jego narodzeniem. Jednak, aby nie być posądzonym o nietolerancję, można wzorem Holendrów, w imię poprawności politycznej nazywać wigilię “uroczystym śniadaniem w restauracji”. Tę semantyczną zabawę dobrze oddaje parafraza znanej logicznej sentencji: “Czymże jest wigilia? To co my Polacy zwiemy wigilią, pod inną nazwą również choinką pachnieć będzie.  

Obrzędów, podań, zwyczajów, czy przesądów w polskiej tradycji wigilijnej jest więcej niż gołębi na krakowskim rynku. Nie zabrakło ich również na naszym spotkaniu. Wybraliśmy je wg sybaryckiego klucza – coś dla ducha i ciała. Część kulinarną wigilii poprzedziły jasełka, udatnie przygotowane i wyreżyserowane przez Jolę. To była właściwa kolejność, bowiem artysta głodny jest artystycznie bardziej płodny. Przedstawienie bardzo udane, aktorzy choć już z artystycznym doświadczeniem, to nie pokazali  rutyny a wręcz przeciwnie, pełne zaangażowanie w każdym aspekcie. Zadbali o piękne kostiumy, które pozostawały w harmonii z artystycznym przekazem. Trzeba wytrawnego recenzenta żeby kogoś wyróżnić. Mimowolnie wyróżniłem się sam zapominając kwestii. Odrzucam pomroczność jasną. Bliższy jestem tezy, że rozproszyły mnie bałamutne myśli o tym, co może wynikać z faktu, że jestem teatralnym mężem mojej świetnej partnerki… Podsumowując, nasz towarzyski teatrzyk dobrze rokuje, zwłaszcza pod nową dyrekcją.

Pamiętaliśmy oczywiście także o starej polskiej tradycji, że po wigilii wypada aby niedomagać z przejedzenia. Jeśli u nas do tego nie doszło, to bynajmniej nie z przyczyny ubogiego stołu, lecz miejsca wigiliowania, które prowokowało do ruchu oraz oferowało nieprzebrane zasoby żywicznego powietrza doprawionego odrobiną smogu. Nie z powodu grzesznego łakomstwa, lecz z powodu tradycji, godzi się wspomnieć o wigilijnych potrawach, pod którymi uginały się stoły. Przypomnijmy je zatem w alfabetycznym porządku, dziękując tym co je stworzyli.

Dorota dała kulinarny popis swoim barszczykiem w kolorze młodego burgunda. Gdyby hejterzy “Soku z buraka” choć raz spróbowali barszczyku Doroty, spaliliby by się ze wstydu postponując to zacne warzywo. Natomiast o wyśmienitych keksach Moniki oraz Kasi  GoodFood powinien zrobić program promocyjny. Z kolei paszteciki  Ani oraz pasztetowe wyroby Kasi to bliscy kuzyni znamienitych pasztetów strasburskich. Gdyby dziewczyny serwowały swoje dzieła w restauracji, to już dawno by ich pasztety świeciły Gwiazdkami Michelin’a. Nikt się też nie spodziewał, że Krzysztof dysponuje tak rozległą paletą kulinarnych talentów, od chłopskiego smalcu, który nam serwował onegdaj, po wykwintny pasztet selerowy, za sprawą którego, gdyby chciał, miałby wokół siebie wianek młodych weganek. Śledziowy asortyment oferowany przez dwie Małgosie oraz Jolę,  precyzyjnie ocenił jeden z ekspertów słowami: “każdy z śledzików pyszny inaczej”.  Należy mu wierzyć, bo często śledzikiem “zakansza”. Próbując greckich tzatzików Grażynki, współczułem Amerykanom, dla których podobno najbardziej smakowitym daniem jest popkorn z masłem. Jej sałatki z tuńczykiem nie zdążyłem skosztować, lecz skoro była siostrą tzatzików to nie mogła być inna niż wyśmienita. Może Monika oraz Kasia wystawią kiedyś swoje keksy na targach cukierniczych ExpoSweet. Należy  się ich keksom honorowe miejsce obok belgijskich pralinek. Ciasta Joli nie oceniam, ponieważ ze względu na polityczną poprawność nie mogę wymienić jego nazwy.  Podobnie kuleczki Ani, które, choć apetyczne, miały jednak „niepoprawny” kolor.

Panowie solidarnie uzupełnili wigilijny stół tym, co jest solą ziemi każdego wesołego spotkania…Na szczególną uwagę zasługuje grzaniec przygotowany przez Kasię, będący wynikiem skomplikowanej sekwencji zdarzeń K- L- R – K., czyli Kasia, która zrywała winne grona, Leszek, który je przekazał Rysiowi, który je z kolei zmienił w wino oraz Kasia, która jako się rzekło wyczarowała z niego pyszny korzenny grzaniec. Widać, że najmniejsze zasługi położył Leszek, dlatego też nie był dopuszczony do grzańcowej degustacji. Ja chciałem zaserwować kulinarną kompozycję w stylu foodpairing, czyli słodkie wino zakąszane ogórkiem dużosolnym, lecz zapomniałem ogórków.  Wprawdzie stały w słoiku kiszone ogórki Krzysztofa, lecz robiły za podstawkę wigilijnej świecy i nikt nie śmiał ich użyć w innym celu…

Oczekiwanie często rodzi zniecierpliwienie bywa również irytujące. Z pewnością nie dotyczy to jednak  naszego oczekiwania adwentowego, którego emanacją była ta piękna wigilia.

Tekst MS; foto Jola, Stasiu

Wycieczka historyczna

06. 12.2020 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – Bieleckie Młyny – Morawica – Łabędziów – Radomice – Znojów – Kaczyn – Kielce. Prowadził Andrzej. Wzięło udział 14 osób, dystans 56 km

Radomice oraz inne miejscowości w rejonie Morawicy, Pierzchnicy czy Chmielnika były w styczniu 1945 roku areną największej bitwy pancernej, stoczonej podczas II wojny światowej na Ziemi Świętokrzyskiej. Materialne pozostałości tej wojny są obecne na każdym kroku. Przy drogach co i rusz metalowe krzyże wykonane m.in. z resztek pancernego oręża, a z obecnych w każdym domu poniemieckich hełmów jeszcze do niedawna jadły psy. Gruppenfirer SS Alfred Krupp przewraca się pewnie w grobie, widząc jak stalowe korpusy jego pantherów czy tygrysów, które miały zawojować świat, teraz roztrzaskane zdobią przydrożne kapliczki. Niech to będą kapliczki i krzyże pokutne – swoiste symbole ekspiacji za wyrządzone zło, wszak mimowolnie przypominają o rachunku krzywd, który winien poprzedzać wszelkie pojednanie.

Pozdrawiamy morsów zażywających kąpieli w morawickim zalewie.

Tekst: MS, foto JS