29.11.2020 r.
Trasa wycieczki: znikąd donikąd
Gdyby taka pogoda zdarzyła się jeszcze kilka lat temu, pewnie nikt z rowerzystów nawet by nie zauważył tej śnieżnej efemerydy, która zabieliła ulice w nocy z 28/29. Lecz przyzwyczajeni do całorocznie zielonej trawy, trochę się tej bieli przestraszyliśmy. Wprawdzie nie wszyscy, bo śnieżne wyzwanie podjęli: Andrzej K. oraz Michał. Nie liczę dwu inspektorów, którzy chcieli tylko sprawdzić kto przyjechał, tzn. Krzysztofa, który dla bezpieczeństwa przybył piechotą oraz mnie.
Relacja z wycieczki przesłana przez Andrzeja uświadomiła mi, że zapomnieliśmy o estetycznych walorach śnieżnego krajobrazu, skupiając się wyłącznie na kwestiach związanych z niedostatkiem tarcia…
M.S.
Relacja z solowej wycieczki od Andrzeja W.
Mamy zatem zimę. Postanowiłem rozpocząć sezon rowerowy oczywiście w lesie Pasma Posłowickiego, a tam na Stadionie tłumy. Jedni spacerują, inni truchtają, biegają z kijkami i bez, ale w miarę jak jechałem ludzi było coraz mniej, aż dojechałem do miejsca gdzie była tylko cisza. WIELKA CISZA jaka może być tylko zimą w lesie. W sumie 28 km w pięknej scenerii zimowego lasu. Dla tych co w domu albo na szosie – foto.








Sobota 14.11 – postanowiłem przejechać trasę Mietka z ubiegłej soboty, czyli przejechać od Dąbrowy do stacji Kostomłoty. Początek trasy łatwy, drogami szutrowymi. Schody zaczęły się pojawiać po przejechaniu ul. Zagnańskiej. Tu, jadąc na zachód, niebawem skończyła się dobra droga i zaczęła się walka z błotem i wodą. Nie poddawałem się i po dotarciu do E7 przedostałem się pod nią przepustem dla żab i w końcu stanąłem na suchym lądzie. Dalej to już rezerwat Sufraganiec i Gruchawka. Podziwiam Jolę i Mietka za przejazd tej trasy 


Sobota 14.11 – to miała być wycieczka donikąd. Jednak po krótkim czasie zauważyliśmy, że jedziemy nie w tym kierunku co trzeba. Rzeczywiście – odjechana jazda po hopkach uświadomiła nam, że jesteśmy blisko rezerwatu Biesak. Wpadliśmy w złość, bo wcale nie chcieliśmy do rezerwatu. Na szczęście rower Joli, który jest ciut mądrzejszy od mojego, skręcił w stronę torów i już się wydawało że będzie dobrze, lecz niestety wjechaliśmy w sam środek Białogonu. Pomyślałem – dość tego! Należało jakoś przejąć władzę nad sprzętem. Maksymalną koncentracją woli przedarliśmy się przez zachaszczone łąki oraz metalowy mostek na Silnicy, by dojechać przez Pietraszki do asfaltowej drogi w kierunku Podkarczówki.






