Covidcross w stylu beauty

11.10.2020 r.

Trasa przejazdu: Kielce – Białogon – Słowik – Bolechowice (kamieniołom) – Panek – Czerwona Góra – Zelejowa – Chęciny – Gościniec – Polichno – Charężów – Bławatków – Szczukowice – Kielce. Wycieczkę prowadził Stasiu, wzięło udział 15 osób. Dystans 60km.

W sprawozdaniu z tej wycieczki wykorzystano niektóre neologizmy wytworzone w naszym Towarzystwie. Jest to zarazem promocja nowo powstałego Słownika KTR “Kigari”.

Od dłuższego czasu była to pierwsza wycieczka, której nie towarzyszył dysonans klimatyczny. I bardzo dobrze, ponieważ w ostatnim czasie pogoda zupełnie rozregulowała nasze biologiczne zegary. A to podobno, według amerykańskich uczonych, wpływa destrukcyjnie na żeńskie libido. O męskim nie wspomnę, bo pęd do kariery zrujnował je już dawno. Wiadomo, że jesienią czymś normalnym jest jazda w warunkach micelarnej pogody. Taka też panowała w pierwszych godzinach naszego wyjazdu. Prowadzący postarał się by nie był to wyjazd, za przeproszeniem, do Słopca, wszak Bławatków to out space całą gębą… Mało spontaniczny charakter wycieczki spowodował, że nawet Sławek warcholił z rzadka. Tak się złożyło, że przez większość czasu jechaliśmy o suchym pysku. Niepokoił trochę nieustabilizowany błędnik, co jak wiadomo zaburza symetrię, wprowadza nerwowość i przy bocznym wietrze stwarza spore zagrożenie. Na szczęście nikt nie stał się bohaterem dnia z tego powodu. Jednak w Brynicy pierzchła ostatnia nadzieja na to, aby doprowadzić kondycję psychiczną do normy. Stasiu uratował sytuację tzw. “ucieczką do przodu”. Dlatego nie wiedzieć kiedy, znaleźliśmy się w granicach Kielc, a konkretnie w miejscu, które jest czymś w rodzaju tajemnego czakramu. Nerwowy pośpiech znikł jak ręką odjął. Natychmiast wdrożyliśmy procedury pobytowe zwłaszcza, że nikomu rosół w domu nie stygł. Czekoladowo – szarlotkowa donacja Basi, orzechy Krzysztofa oraz pączki Doroty, które choć padły ofiarą pocisków dum dum, dopełniły dzieła tak, że finał naszego covidcrossu był w stylu beauty…

PS. Liściaki w dalszym ciągu trzymają się mocno.

Tekst MS; foto Ania

Sielpia – złote liście z tombaku, lecz atmosfera na 24 karaty

4.10.2020 r.

Trasa prejazdu – I dzień rajdu

Kielce – Białogon – Górki Szczukowskie – Promnik – Strawczyn (wiata nad zalewem) – Kuźniaki – Pałęgi – Łysów – Węgrzyn – Radoszyce – Sielpia Wielka. Dystans ok. 60 km. Prowadził Andrzej, wzięło udział 20 osób w tym 3 osoby, które dojechały do Sielpi z zaprzyjaźnionego klubu z Przedborza.

Trasa przejazdu – II dzień rajdu

Sielpia Wielka – Miedzierza – Martyniów – Przyłogi – Adamek – Chyby – Serbinów – Rogowice – Długojów – Kołomań – Umer – Tumlin – Kostomłoty (węzeł drogowy) – Kielce. Dystans 52 km. Prowadził Andrzej, wzięło udział 20 osób w tym 3 osoby, które odjechały z Sielpi do Przedborza.

Każdy nasz wyjazd rowerowy poprzedza bardziej lub mniej skomplikowany proces decyzyjny. Jedni w mozole zestawiają “jechać”, z “nie jechać” i często zostają w domu, bo od tego myślenia boli ich głowa. Inni, jak Leszek, Andrzej czy Rysio, robią to odruchowo, ponieważ ich wzywa rowerowy zew. Bez względu na to jaka siła wypycha nas z rowerem niedzielnego ranka poza granice Kielc, wszystkich ogranicza wizja nieuchronnego powrotu. Najpierw miasto nie chce nas wypuścić, wymyślając różne powody np. remont, który trzymał Henia w domu niczym hydra lernejska, a jak już się z tego miasta wyrwiemy, to i tak nie pozwala zbytnio się oddalić. Czysta fizyka. Bywają jednak sytuacje, że udaje się przezwyciężyć “miejską grawitację” i dotrzeć nawet do Sielpi. A to już jest odległość z której nie ma powrotu bez zmiany daty. Świadomość, że się urwaliśmy z tego niewidzialnego sznurka, jest dla kondycji psychicznej bezcenna i czasem warto się w ten sposób odświeżyć.

“Złote Liście”, wyjazd o wieloletniej tradycji, był wystarczającym motywem aby nie wracać w tym samym dniu. Poprzednimi laty “Złote Liście” były bardziej złote, jako że w tym roku chlorofil, niczym “Chińcyki” Wyspiańskiego trzyma się mocno… Niedostatek złotych kolorów jakoś specjalnie nie ujmował urody mijanym krajobrazom. Po niezbyt wyczerpującej podróży na ekologicznych rowerach napędzanych wiatrem, stanęliśmy za sprawą Ani, w wygodnych domkach kempingowych. Wiele wskazuje, że to głównie motywy społeczne sprowadziły nas do Sielpi. Dowodem tego są Dzidek z Fredkiem, którzy odwiedzali to miejsce trzydzieści dwa razy i przyjechali po raz kolejny, chyba nie zwabieni plażowaniem, tylko może dlatego, żeby z nami spędzić trochę czasu. Rychło po przyjeździe wdrożyliśmy “procedury pobytowe” lecz tym razem zamiast ogniska hitem okazało się, wymyślone przez Anię, urządzenie towarzyskie, mające formę długiego stołu z takimiż ławkami po obu stronach. Jego zdolności zabawotwórcze zależą od dwu czynników, mianowicie “co na nim leży” oraz “kto za nim siedzi”. U nas jedno i drugie było w dobrym gatunku. Korzystanie z wynalazku wymagało jednak skupienia, refleksu i dobrej koordynacji ruchu, czego dowodzą niżej opisane sytuacje „zastolne”:

Dostrzegasz pyszny kalafior w serowej panierce
 i jesteś w rozterce: 
 sięgnąć po kalafiora?
czy może na szyneczkę pora! 

A może – myślisz - trzymając w ręku kielich do toastu, 
zacznę od grzybków w marynacie? 
Lecz rezygnujesz z grzybków i trudno się temu dziwić,
 bo aby po nie sięgnąć musiałbyś pierwej puścić koleżanki kibić. 

Więc nie zakąszając, spełniasz kolejne toasty 
 pigwówką, dereniówką 
a w tym czasie znikają ze stołu, 
zielone ogórki z kiszonymi pospołu. 

Już na ciebie nie łypie oscypek żółtym okiem,
ementaler jedwabnym plastrem nie kusi, 
nie widzisz już pasztecików o przepysznym smaku … 
z powodu ich braku. 

Trudno więc się dziwić, 
że na widok  jabłkowych ciasteczek
puszczasz w desperacji 
koleżanki kibić 

Teraz wolną ręką nalewasz zimny płyn do szklanki,  
kosztem sąsiedzkiego ciepła koleżanki
i racząc się cukinią w marynacie
nawet nie wiesz co tracisz, bracie... 

Nazajutrz ciepłym rankiem, ciepły kugel przedborskiej donacji,  
podstawiasz zatem miseczkę proszalną,  myśląc nie bez racji: 
com miłego przeżył wieczorem, to moje  
a teraz zjem smacznie i w dodatku nie za swoje... 

Nie miałbyś bracie tych przyjemnych przeżyć
 ani szeregu innych "ani" 
gdyby nie talent oraz inwencja Ani!

Tekst MS, foto Ania

KTR “Kigari” – radosny okres niemowlęctwa

27.09.2020 r.

Wycieczka jubileuszowa – wiata na Stadionie. Dystans circa 8 km, wzięło udział towarzystwo siedemnastoosobowe. Wycieczkę prowadził Jubileusz.

Pierwsza rocznica naszego Towarzystwa to czysta radość, niezmącona sentymentalnym nastrojem, który często towarzyszy przemijaniu. Bo jakież inne uczucie może dominować podczas obchodów pierwszej rocznicy urodzin zwłaszcza, że niemowlak wierzga zdrowo różowymi nóżkami i świetnie rokuje na przyszłość. Chodzi przecież o to, aby nasze towarzyskie relacje miały żywy, witalny charakter. Należy się cieszyć, że to u nas się dzieje w spontaniczno – żywiołowy sposób, bez regulaminów, prezesów, nadzoru itp. Wychodzi na to, że w KTR “Kigari” “rządzi” inteligentna anarchia.

Charakter uroczystości rocznicowej był bardzo klasyczny – wręczyliśmy “Srebrne Jaja”, najwyższe nagrody Towarzystwa za szczególną aktywność na Jego rzecz. W pierwszym roku istnienia, decyzją Kapituły Nagrody, “Srebrnym Jajem” zostali uhonorowani:

Ania – za talent organizacyjny ujawniony podczas prowadzenia wycieczek rowerowych oraz za inwencję i zaangażowanie podczas organizacji spotkań towarzyskich.

Andrzej – za wybitną znajomość regionu ze szczególnym uwzględnieniem zagadnień przyrodniczych oraz za umiejętności wykorzystania tej wiedzy podczas prowadzenia wycieczek rowerowych.

Leszek – za szczególne umiejętności interpersonalne w zakresie budowania trwałych, pozytywnych relacji międzyludzkich w ramach Towarzystwa.

Podniosłość atmosfery, która zwykła towarzyszyć tego typu uroczystościom, została nieco zakłócona przez Tort Jubileuszowy przygotowany przez Anię. Otóż pożądliwy wzrok uczestników wlepiony w ów przykład cukierniczej maestrii, bardzo rozpraszał wygłaszającego laudację. Laureatom nagrody serdecznie gratulujemy! Nawiązując do tradycji możnych donatorów, Krzysztof i Dorota ufundowali, za zasługi dla Towarzystwa, dyplomy i upominki dla Andrzeja, Leszka oraz redaktorów strony internetowej, za co serdecznie dziękujemy, chociaż w przypadku redakcji sądzimy, że nagroda przewyższa zasługi.

Chyba za sprawą wyśmienitego tortu, któremu towarzyszyły wypieki niezawodnych, szarlotkowych dziewczyn, impreza odbywała się w słodkiej atmosferze. Dobrze że smak tych rarytasów został skutecznie przełamany przez Michała świętującego imieniny… Tym sposobem niektóre ogniskowe kiełbaski, obrażone brakiem zainteresowania, wróciły do domu…


Z ostatniej chwili !! – sms od Andrzeja

Właśnie zjedliśmy srebrne jajo. Miało wybitne walory smakowe. W życiu takiego nie jadłem, więc zapamiętam je na długo!!  🙂

O tym, jak Lubrzanka ukradła wodę Pokrzywiance

20.09.2020 r.

I wariant – Kielce – Wiśniówka – Barcza – Występa – Jęgrzno – Łączna – Huta Stara – Bodzentyn – Św. Katarzyna – przełom Lubrzanki – Kielce. Dystans: 72 km. Prowadził Leszek, wzięło udział 20 osób.

II wariant – Kielce – Dąbrowa – Masłów – Brzezinki – Ciekoty – Wilków zalew – przełom Lubrzanki – Mąchocice – Cedzyna – Wola Kopcowa – Kielce. Dystans 50 km. Prowadził Stasiu, wzięło udział 7 osób.

Czerpanie przyjemności, to jedno z głównych oczekiwań w stosunku do rowerowych wycieczek. Cenimy sobie szczególnie przyjemności fizyczne, chociaż niektóre są dość wyczerpujące…

Podobno niezłym źródłem przyjemności jest asceza, nie mówiąc już o rozpuście. Nie bardzo jednak wiadomo jak je uprawiać na rowerze. Ostatnie wycieczki były inspiracją do przeżycia mało docenianej – przyjemności intelektualnej – królowej wszystkich przyjemności. Plany obu wycieczek przewidywały m.in. przejazd przełomem Lubrzanki, bodaj najbardziej znanym przełomem regresyjnym w Polsce.

Niżej podany tekst pozwala zrozumieć w jaki sposób doszło do powstania tego przełomu przez główne pasmo Gór Świętokrzyskich. Podczas wycieczki zwykle brakuje czasu żeby się nad tym zastanawiać. Myślę, że post factum to najlepsza pora. Ktoś powie – “A co mnie obchodzi przełom Lubrzanki? Nie zamierzam zawracać sobie tym głowy”. Jednak przecież nie o Lubrzankę tu chodzi, lecz właśnie o “zawracanie głowy”, ponieważ zrozumienie czegoś dostarcza dociekliwemu podobno więcej przyjemności niż seks…

W paleocenie (66 mln do 56 mln lat temu) sieć rzeczna miała układ zbliżonymy do współczesnego. Pokrzywianka płynęła dnem Doliny Wilkowskiej z zachodu na wschód, równolegle do Pasma Głównego ( Rys A). Po południowej stronie Pasma Głównego był obszar źródliskowy Lubrzanki, która w swym górnym biegu płynęła południkowo. W wyniku erozji wstecznej i wgłębnej, źródła Lubrzanki przesuwały się stopniowo ku północy (regresja rzeki – przyp. M.S.) w stronę Doliny Wilkowskiej, rozcinając warstwy skalne Pasma Głównego wzdłuż linii uskoku, gdyż strefy uskoków (tektoniczne) są podatniejsze na erozję (Rys. B). Po pewnym czasie dolina Lubrzanki połączyła się z doliną Pokrzywianki. Ponieważ dolina Lubrzanki miała większy spadek niż dolina Pokrzywianki, wody Pokrzywianki zaczęły płynąć do Lubrzanki zmieniając gwałtownie kierunek z równoleżnikowego na południkowy (Rys. C). Przeciągnięcie wód jednej rzeki przez drugą, w tym przypadku Pokrzywianki przez Lubrzankę, nazywa się kaptażem. (od łac. captochwytam, łapę – przyp. M.S.) Zachodni odcinek Pokrzywianki odłączył się od reszty rzeki i zaczął płynąć na południe a nastepnie na zachód (Rys. D). Tym samym Porzywianka uległa bifurkacji, czyli rozdwojeniu.1. (od łac. bifurkare – bi – dwa, furkare – widły, czyli rozdwajać rozwidlać na dwa – przyp.M.S.)

Tym sposobem Lubrzanka ma obecnie swoje źródła nieopodal Zagnańska, natomiast Pokrzywianka w okolicach Woli Szczygiełkowej. Po tej aferze z “wrogim przejęciem” Lubrzanka z Pokrzywianką „nie lubią się” do tego stopnia, że płyną teraz w zupełnie przeciwnych kierunkach. Lubrzanka wpadając do Czarnej Nidy w okolicach Marzysza zasila po drodze zalew w Cedzynie, natomiast Pokrzywianka uchodzi do Świśliny i tworzy wraz z nią Zbiornik Wióry.

Podsumowując, prosimy zatem przeczytać ten tekst tym bardziej, że przy okazji najbliższego pobytu w Ciekotach odbędzie się kolokwium ustne z prezentowanej tu problematyki. Kolokwium przeprowadzi Andrzej – niekwestionowany autorytet w zakresie geologii dynamicznej, hydro i petrografii, geomorfologii krajoznawstwa etc., etc. Dla osób, które nie zaliczą w pierwszym terminie, zorganizujemy odpłatne konsultacje.

P.S. Być może byłoby wskazane, żeby w przyszłości niektórym z naszych wycieczek towarzyszył jakiś główny merytoryczny leitmotiv w formie krótkiego objaśnienia obserwowanego zjawiska. Słowem, krótko i węzłowato, ponieważ nadmiar wiedzy szkodzi podobnie jak nadmiar pieniędzy.

M.S.

1. Fragment tekstu zaznaczony kursywą opracowano na podstawie: Przełom Lubrzanki w Mąchocicach W: Państwowy Instytut Geologiczny. Zrozumieć Ziemię [online], http://geoportal.pgi.gov.pl/zrozumiec_ziemie/wycieczki/swietokrzyskie_1/dzien_II/punkt_2_1 [dostęp: 20.09.2020].

Klimaty Ponidzia

11-13.09.2020 r. – rajd rowerowy pod hasłem „Poznaj i pokochaj Ponidzie”. Udział wzięło 17 osób z KTR Kigari i KTR Przedbórz. Dystans ok. 205 km. Prowadził Andrzej.

Szczegółowy opis tras oraz program rajdu dostępny w zakł. Ogłoszenia z datą 7.09.2020 r.

Cokolwiek by się nie działo podczas naszej wycieczki na Ponidzie, to i tak tematem dyżurnym byłaby pogoda. Bynajmniej nie dlatego, że jej uczestnicy to jakieś milczki i o niczym innym nie potrafią zdania sklecić. Przeciwnie, to ludzie elokwentni, a niektórzy nawet mówią wierszem adhoc. Ich cięte riposty są ostre jak tureckie szable i celne niczym oko Wilhelma Tella. Aura nas urzekła, ponieważ była w pierwszym gatunku, tzn. typu top control. To ten rodzaj pogody, który jesienią daje rześkie ciepło, a zimą iskrzący w słońcu śnieg oraz pewność, że nic się nie zmieni przez najbliższe dni.

Ponidzie to region, który wszystko co najcenniejsze ma zawarte w ziemi. Ziemia bowiem kryje starożytną historię oferując ciekawym świata unikalne artefakty. Była i jest źródłem dobrobytu mieszkańców. Nawiasem mówiąc, nawet rowerzyści jadący stylem “głowa w dół” wiedzą, że na Ponidziu ludzie żyją z ziemi jak żyli ich przodkowie. To widać choćby po wszechobecnym oborniku na lokalnych drogach oraz odczuwanym rustykalnym zapachu, który może “szanelem” nie jest, ale pięknie się komponuje z zaoranym polem.

Myślę, że Ponidzie nie zawiodło oczekiwań uczestników wycieczki, zwłaszcza że Andrzej, doskonale przygotowany merytorycznie, pokazał wszystko co ma do zaoferowania ten region. Natomiast sobotnie ognisko, uruchomione przez drwala Krzyśka, wzmocniły liczne donacje, m.in. dużej objętości produkt Piotra Smirnowa, dostarczony przez Dorotę z pewnej miłej okazji. Generalnie pogoda ducha uczestników nie ustępowała pogodzie atmosferycznej. Walnie do tego przyczynili się również nasi przyjaciele z Przedborza, ponieważ to ludzie tak sympatyczni, że można by ich wynajmować za pieniądze dla nadawania eventom fantastycznego klimatu. Pozostając w “biznesowym” nastroju, ujawniony podczas wieczoru towarzyskiego talent aktorski Jurka również dałby się dobrze sprzedać zasilając budżet Towarzystwa. Pomyślimy o tym podczas następnego wyjazdu – tym razem do Sielpi.

Tekst S.M.; foto Ania i Jola

Planowanie dla planowania

 6.09.2020 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Wiśniówka – Gruszka – Chrusty – Zagnańsk – Bartków – Samsonów – Umer – Ćmińsk – Bobrza Wyrowce – Ławęczna – Laskowa – Kielce. Dystans 57 km. Wycieczkę prowadzili: Leszek oraz Andrzej, wzięło udział 16 osób.

Planowanie w ekonomii jest wieczne jak podaż i popyt. Ponadto jest bardzo lubianym zajęciem, bo można zarobić, a plan zawsze jest dobry, tylko z realizacją czasem są kłopoty. Ale to nie jest już zmartwienie planistów… Plany, nazywane też nie wiadomo po co agendami, w przypadku spędów pod dachem, np. konferencji bardzo się przydają, bo wiadomo kiedy wyjść z koleżanką na kawę, unikając nudnego wystąpienia. Planowanie działań pod gołym niebem często bierze w łeb, z uwagi na kaprysy pogody. Taki też los spotkał precyzyjne plany ostatniej wycieczki. Deszczowa pogoda spowodowała lekkie zamieszanie w szeregach wycieczkowiczów. Sytuację ustabilizował Leszek przejmując, wskutek deszczowej absencji Ani, prowadzenie wycieczki zaplanowaną przez nią trasą. Po przekroczeniu granic Kielc, złożył urząd prowadzącego, rekomendując na swoje miejsce Krzysztofa, jako że wjechaliśmy na jego tereny. Ostatecznie, przez kapryśną pogodę, doszło do burzy mózgów w wyniku której, jak to po burzy, powstał bałagan. Używając politycznej paraleli, sytuację opanował Andrzej, przeprowadzając bezkrwawy zamach stanu. Krzysztof, wytrawny dyplomata, by nie dopuścić do kryzysu rządowego, złożył dymisję. Owo wydarzenie w historiografii Towarzystwa Rowerowego przejdzie pod nazwą “Puczu Kajetanowskiego”. Dalej już poszło gładko, deszcz ustał, a Andrzej ciekawą trasą, w komplecie i bez przygód, doprowadził uczestników do domu. Bez przygód, bo przecież nie jest już niczym nadzwyczajnym przypadek Jurka z gumą, które to przypadki uczestnicy zwykli kwitować: patrzcie, Jerzy znów z dziurawą dętką bieży!

Tekst i foto Spółka JMS

Wyjątkowość zwyczajna

30.08.2020 r.

Trasa przejazdu: Kielce – Szczukowskie Górki – Podzamcze Piekoszowskie – Micigózd – Łubno – Piekoszów – Zalesie – Białogon – Kielce. Dystans: 45 km. Wycieczke prowadziła Ania, wzięły udział 24 osoby.

Dzień niepodobny do dnia… jak śpiewał nieodżałowany Piotr Szczepanik. Wycieczka niepodobna do wycieczki – chciałoby się sparafrazować. Każdy chce być wyjątkowy, niepodobny do innych. Można to zrozumieć. Otacza nas przecież zunifikowana rzeczywistość, z której się chcemy, nieraz za wszelką cenę, wynurzyć. Dotyczy to również wycieczek rowerowych. Co i rusz słyszymy, że ktoś przejechał gdzieś lub po czymś po raz pierwszy. Inny na bezdechu wykręcił sto kilometrów na stulecie czegoś tam, itd. itp. Wprawdzie i u nas podczas każdego wyjazdu coś się dzieje, lecz zdarzenia musiałyby być bardzo spektakularne, żebyśmy mogli mieć swoje pięć minut. Drobna kraksa czy przebite koło, to już tylko mało znaczący epizod. Wiadomo, że nic tak nie nadaje wydarzeniu szczególności jak porządny skandal. Można by więc skorzystać z doświadczeń celebrytów, lecz jak tu jechać na rowerze z gołą d… . Sarkazm jest chyba na miejscu, bo może dążenie do wyjątkowości jest głupie? Dowodzi tego nasza dzisiejsza wycieczka. Była przecież zwyczajna, pogoda słoneczna i ciepła, drogi jak stół, rower Moniki przeszedł należyty przegląd, atmosfera miła, prowadząca pełna zdecydowanego uroku, słowem – piękna wycieczka. Właśnie dlatego, że była piękna, poświęcamy ją pamięci świętokrzyskiej poetki ludowej śp. Rozalii Grzegorczyk ze Szczukowskich Górek – miejscowości, która się znalazła na naszej trasie rowerowej. Tak zwyczajnie – piękny prezent z serdeczności za piękne wiersze.

Tekst MS, foto Ania i Stasiu

Dziś prawdziwych deszczowców już nie ma…

Trasa wycieczki: Szydłówek – nadsilniczną drogą rowerową do Parku im. S. Staszica i z powrotem. Dystans 4 km. Prowadził: Mietek, wziął udział jeden deszczowiec krótkodystansowy.

23.08.2020 r.

Pogoda odreagowała upał z poprzedniego dnia i dobrze, bo po żniwach deszcz potrzebny. Glebę pod oziminy przygotować trzeba, również okopowym deszcz pomoże godnie dokończyć żywota. Te rustykalne myśli towarzyszyły mi podczas dojazdu na miejsce zbiórki, głównie dlatego, żeby się jakoś pocieszyć, bo wiadomo, że z wycieczki nici. Deszcz powodujący bąbelki na wodzie nie wróży nic dobrego. Pogoda bezwietrzna, a jak bez wiatru to i chmury się wolno przemieszczają, co powoduje opad ciągły. My na Ponidziu i bez tej fizyki wiemy, że “jak bąbelki na wodzie, to jus po pogodzie” czyli “ziaby z nieba leco”. Po drodze mignęli mi tylko dwaj rowerzyści, lecz dróżką nad Silnicą i tak trudno było przejechać. Wszystko przez kaczki, które masowo okupowały przejazd, wygrzewając łapy wczorajszym ciepłem asfaltu. Na miejscu zbiórki tylko ja oraz mała dziewczynka z pieskiem, która zrobiła mi zdjęcie na dowód, że tam “veni vidi”. Mógbym nawet zostać bohaterem dnia, lecz gwoli rzetelności, pojechałem na miejsce zbiórki powodowany wyłączne ciekawością, czy ktoś wyściubi nos w taka pogodę? Jak widać, dziś prawdziwych deszczowców już nie ma… Tym bardziej należy docenić deszczowy wyczyn Krzysztofa, Marka oraz Michała, którego dokonali 26.08.2018 r. Była więc okazja, aby drugą rocznicę tego wydarzenia, uczcić przynajmniej „czterorowerową” obecnością, poprawiając tym samym rezultat deszczowej frekwencji. Jednak nic straconego wszak deszcz, mimo zapowiedzi klimatycznego armagedonu, chyba będzie jeszcze padał…

P.S. Mając w pamięci perypetie z poprzedniej niedzieli, pragnę ogłosić mały sukcesik, ponieważ jako prowadzący wycieczkę nie odnotowałem w jej trakcie żadnej niesubordynacji…

Korekta – Podobno na miejscu zbiórki stawili się jednak dwaj deszczowi rowerzyści Krzysio oraz Rysio, Jednak z powodu ich spóźnienia przyznajemy im jedynie tytuły tzw. Deszczowców Mniejszych.

Kierownik i grupa w jednym

Tekst M.S.; foto dziewczynka Zosia

W sprawie dobrych obyczajów

16.08.2020 r.

Trasa wycieczki: Kielce – Wiśniówka – Występa – Klonów – Barcza – Brzezinki – Ciekoty – Cedzyna – Kielce. Dystans 53 km. Wycieczkę prowadzili: Leszek oraz Sławek, wzięło udział 17 osób.

Naiwnością byłoby sądzić, że w dużej grupie ludzi będzie zawsze jednomyślnie. Ustalone normy zwyczajowe powinny być jednak przestrzegane. Zgrzyt, który się ujawnił podczas ostatniej wycieczki, nie pochodził bynajmniej z zardzewiałych rowerów. To niestety skutek korozji dobrych obyczajów w naszym Towarzystwie. Należy przypomnieć, że jesteśmy „towarzystwem” w sensie wspólnej obecności, którą integrują podobne zainteresowania. Wydaje się, że dotychczas wypracowany modus vivendi dobrze służył funkcjonowaniu grupy. O tych niepisanych regułach kompromisu czasem jednak zapominamy. Jedną z nich jest wspólna dbałość o integralność grupy. Właśnie ta reguła została poważnie naruszona podczas wspomnianego wyjazdu. Niestety, wiedzeni instynktem stadnym pędziliśmy z góry bez opamiętania i bez refleksji celu podróży, tracąc kontakt z prowadzącym. Dlatego rozumiem oburzenie Leszka, który prowadził ostatnią wycieczkę. Choć jestem przekonany, że to wynik nieporozumienia, to jednak nic nie usprawiedliwia zaistniałej sytuacji. Leszku, zechciej zatem przyjąć nasze przeprosiny.

Postscriptum

Ponieważ opadły już emocje związane z niefortunnym wydarzeniem opisanym powyżej, prezentujemy po kilku miesiącach nieco lżejszy opis tej wycieczki.

Większość wycieczkowiczów pojechała inną drogą niż prowadzący. Można przyjąć trzy powody zaistniałej sytuacji. Pierwszy zakłada, że odłączenie się peletonu od Lidera było wynikiem nieporozumienia. Nieporozumienie dobrze ilustruje przypadek pewnego dziadka, który był dwa razy ranny – raz pod Waterloo, a drugi raz w d… Jak widać nieporozumieniu blisko do niezrozumienia – tak czy siak – sprawa skomplikowana. Dopuszczamy także anarchistyczne motywy secesji. Anarchię z kolei uosabiają moi znajomi, gdzie w domu rządzi papuga w koabitacji z kotem. Jednak najbardziej atrakcyjna intelektualnie wydaje się teza, że opisywana sytuacja była mimowolną rekonstrukcją Bitwy Warszawskiej, której setną rocznicę obchodziliśmy dzień przed wycieczką. Mianowicie Leszek, podobnie jak gen. Tuchaczewski, znacznie się oddalił od swego zaplecza. Z tym jednak, że Leszek, w przeciwieństwie do Michaiła Nikołajewicza oddalił się w sposób bierny, bo to właściwie “zaplecze” oddaliło sie od Leszka. Dla bolszewików marnie się to skończyło, dla Leszka był to powód do słusznego zdenerwowania, za co jeszcze raz przepraszamy. Lekki ton tej relacji w swojej intencji miał być oliwą wylaną na wzburzone morze, wszak podobno nawet marny humor dobrze łagodzi emocje.

M.S.

Tekst: S.M.; foto: Monika oraz Jarek

Wycieczka kulturalno-przemysłowa

9.08.2020 r.

Kielce – Kostomłoty – Laskowa – Ciosowa – Bobrza /ruiny zakładów wielkopiecowych/ – Porzecze – Oblęgorek /muzeum/ – Oblęgór – Niedźwiedź – Strawczyn – Promnik – Polichta – Brynica – Kielce /60 km/

Wycieczka przebiegła wg podanej wcześniej propozycji. Udział wzięło 12 osób. Pierwszym miejscem postojowym na trasie wycieczki była Bobrza. Od XVI w. pracowały tu kuźnice i wielki piec w którym wyrabiano między innymi kule artyleryjskie. Nowy Zakład Wielkopiecowy był częścią planu Staszica, który się nie powiódł ze względu na powódź, która zniszczyła tamę i na Powstanie Listopadowe w 1830 r. W wybudowanych już halach uruchomiono rządowe zakłady kowalsko – metalowe. Z budynków zakładu pozostały ruiny hali, mury węgielni oraz staw, w którym gromadzono wodę do celów przemysłowych. Imponujące wrażenie robi odbudowany mur oporowy. W Oblęgorku zatrzymaliśmy się w parku przy Muzeum H. Sienkiewicza, by przypomnieć sobie uroki tego miejsca. Była też możliwość zwiedzenia muzeum, z czego skorzystało kilka osób. /w niedzielę wstęp jest bezpłatny/. Następnym przystankiem był Zalew w Strawczynie, krótki relaks i powrót całą grupą do Kielc.

Tekst i foto: Ania