Trasa wycieczki: Kielce – Cedzyna – Mąchocice – Bęczków – Radlin- Górno – Niestachów – Kielce. Prowadzący: do Cedzyny prowadził Marek, dalej Leszek. Dystans 50 km. Wzięło udział 10 osób. Pogoda słoneczna, temperatura 15st. C, czyli 288 st. K.
Sądząc po fotografiach (patrz foto) nastrój uczestników dorównywał pogodzie.
Trasa wycieczki: Kielce – Bilcza – Brzeziny – Nida – Morawica – Kuby Młyny – Marzysz – Suków – Mójcza – Kielce. Dystans 60km, wzięło udział 18 osób. Wycieczkę prowadził Leszek. Ranek rześki mglisty, później słoneczna i bezwietrzna pogoda – nawet pod wiatą w Kubach Młynach nie wiało…
Za domniemaną zgodą prowadzącego wycieczkę, odbyliśmy ją dla uczczenia Międzynarodowego Dnia Krajobrazu, ustanowionego przez Radę Europy, na wniosek Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Ten “wiekopomny” dzień przypada 20 października na pamiątkę podpisania Europejskiej Konwencji Krajobrazowej. Z tym czczeniem to oczywiście żart. Nie sposób bowiem ten pomysł biurokratów traktować inaczej niż prześmiewczo. Pokłosiem Dnia Krajobrazu, są “doniosłe” deklaracje w rodzaju: “konieczne jest zintensyfikowanie powszechnych działań na rzecz….” – i temu podobne ble ble ble. Hipokryci mogli z tej okazji dowodzić że wysokościowce, kominy, linie energetyczne, maszty telefonii komórkowej szkodzą estetyce krajobrazu. Jednak gdyby im zabrać ciepło, elektryczność, a przede wszystkim telefony komórkowe, trafiliby niechybnie do najbiższej “Morawicy”. Są też narzekacze utyskujący w słusznej sprawie. Obecnie modne tematy narzekań to: betonoza, rozproszona zabudowa czy patodeweloperka. W biurokratycznym świecie funkcjonują dwa równoległe byty: osobnicy żyjący z narzekania, zatrudnieni w nikomu niepotrzebnych instytucjach bez wpływu na rzeczywistość oraz samorządowcy mający realną władzę. Samorządowcy np. nie uchwalają planów miejscowych dlatego, żeby robić interesy sprzedając działki i pozwolenia według własnego widzimisię. To z kolei daje asumpt zawodowym narzekaczom do narzekania. Na pocieszenie – narzekanie ma również walor terapeutyczny, pod warunkiem, że narzekamy za darmo…
Dawniej było o wiele prościej, jak się np. mieszkańcom Nidy nie podobał wydmowy krajobraz, to zamiast narzekać zasadzili las.
Za to podczas wycieczki nie było powodu do narzekań. Urwaliśmy październikowi jeszcze jedną słoneczną niedzielę, a oglądane krajobrazy złociły się pięknie. Z pewnością nie z okazji Dnia Krajobrazu, tylko dlatego, że chlorofil zapada w sen zimowy, ustępując miejsca karotenowi, który maluje liście feerią kolorów, by mogły się później zamienić w próchnicę bowiem, jak wszystko, z prochu powstały i w proch się obrócą…
Trasa wycieczki: Kielce – Szczukowskie Górki – Laskowa – Ławęczna – Porzecze – Oblęgorek – zwiedzanie muzeum – Chełmce – Piekoszów – Jaworznia – Białogon – Kielce. Wycieczkę prowadziła Ania. Dystans 55 km, wzięło udział 17 osób.
Podczas tej wycieczki praktycznie każda z miejscowości przez które przejeżdżaliśmy była gotowa opowiedzieć swoją ciekawą historię. Począwszy od Górek Szczukowskich, gdzie znajduje się niby nieczynna kopalnia wapieni. To jest unikalna kopalnia, jedni mówią że jest nieczynna od sześciu lat, a inni że funkcjonuje w najlepsze. Sądząc po kopalnianym błocie na jezdni oraz zadłużeniu wobec gminy, to jedni i drudzy mają rację… Nawet szlachetny duch poetki Rozalii Grzegorczyk, która się tu urodziła, by tego nie ogarnął.
Jadąc obok kamieniołomu w Laskowej jest okazja żeby również trochę ponarzekać na ujemne skutki środowiskowe eksploatacji kamienia. Jednak mimo wszystko chyba Laskowa jeszcze Czechom wody nie zabiera…
Z kolei na południowo – zachodnim stoku wzniesienia Ławęcznej, widoczne pogórnicze ślady eksploatowanej do połowy XIX wieku rudy żelaza.
W Porzeczu można rzucić rower w krzaki i przejść się Głównym Świętokrzyskim Szlakiem im. E. Massalskiego na zachód w stronę Kuźniaków lub w odwrotnym kierunku na Gołoszyce. Ale nikt by się nie odważył, ponieważ Ania jako clou tego wyjazdu zaplanowała Oblęgorek, czyli miejsce nobilitowane pobytem Henryka Sienkiewicza – “wieszcza prozaicznego piszącego prozą”- jak uszczypliwie mawiała o pisarzu moja polonistka. Swoją drogą to symptomatyczne, że z ponad stu noblistów tylko bodaj ośmiu zostało nagrodzonych za konkretny utwór. Z Polaków w tym gronie nalazł się jedynie Władysław Reymont. W tym sensie przykładem spektakularnego sukcesu literackiego jest Ernest Hemingway, który dostał Nobla i Pulitzera za stustronicowe opowiadanie. To musi robić wrażenie. Henryk Sienkiewicz, wbrew powszechnej opinii, otrzymał nagrodę Nobla za całokształt twórczości, co oczywiście nie umniejsza Jego zasług.
Miał szczęście Oblęgorek, że pisarz z okazji 25 – lecia swojej twórczości jako dar społeczny wybrał tę posiadłość zamiast proponowanej mu kamienicy w Warszawie. Oblęgorski majątek specjalnego fartu do prosperity nie miał, bowiem ani Odrowążom ani Tarłom bogactwa nie przysporzył, podobnie jak kieleckiemu rejentowi Mieczysławowi Halikowi, który szczęśliwie się go pozbył na rzecz narodu. Szczęśliwie dlatego, że Halik sprzedał narodowi majątek obciążony hipoteką, którą Sienkiewicz, mimo że człowiek zamożny, pewnie by długo spłacał gdyby nie noblowska nagroda.
Skądinąd pisarz, przynajmniej w deklaracjach, podobno nigdy nie żałował, że wybrał pałacyk w Oblęgorku, choć mieszkać w nim zimą było nie sposób, bo trawiła go wilgoć i zimno było jak w psiarni, a na dodatek był fatalnie skomunikowany. Nic dziwnego że Sienkiewicz, podróżnik z zamiłowania, korzystał z pałacyku zaledwie kilka letnich sezonów. Skądinąd szkoda, że Oblęgorek nie stał się dla pisarza tym, czym była np. Jasna Polana dla Tołstoja, czy Stawisko dla Iwaszkiewicza. Historia pałacyku mimo perypetii skończyła się jednak happy endem. Racjonalni spadkobiercy przekazali obiekt wraz z parkiem państwu na cele muzealne, z pożytkiem dla siebie oraz społeczeństwa, a przede wszystkim dla Oblęgorka, który dzięki temu stał się “Tym Oblęgorkiem”.
Ania już kolejny raz zaplanowała zwiedzanie muzeum pisarza. To tym bardziej cenne, że wśród wycieczkowych atrakcji Towarzystwa placówki tego typu, mówiąc oględnie, prymu nie wiodą…
Kolejny etap – Piekoszów, w którym przykuwa uwagę okazała neobarokowa świątynia z fasadą uporządkowaną dwiema kolumnami w toskańskim stylu oraz cennym wyposażeniem, m.in. cudownym obrazem Matki Bożej z dzieciątkiem. Cudownym, ponieważ w roku 1705 r. zauważono krwawe łzy płynące z obrazu. Legenda głosi, że to była zapowiedź nieszczęść, które przyniósł najazd Szwedów na Piekoszów w czasie II Wojny Północnej. Mnie się jednak wydaje, że to z powodu troski Matki Bożej o los zaniedbanego starego kościoła z połowy XV w., który służył parafianom przez cztery wieki, aż został rozebrany w 1902 r. i przeistoczył się w mur cmentarny, o czym dają świadectwo widoczne w murze kościelne epitafia. Wielka szkoda, zważywszy że hordy szwedzkie a później niemieckie zniszczyły nam tak wiele budowli. Jest zatem naturalne, że cenimy obiekty z długą historią.
Następnie Jaworznia, z najdłuższą jaskinią świętokrzyską, o której wiele się mówi ale niewielu ją widziało…
Na finał Białogon, bo wszystkie drogi tych okolic tu wiodą. Nie bez powodu, wszak to perła Staropolskiego Okręgu Przemysłowego.
Powyższe atrakcje wspominamy jedynie dla porządku, jako że nasza uwaga była skoncentrowana na zwiedzaniu muzeum. W krótki dzień jesienny wszystkiego ogarnąć nie sposób. Ba, nawet na “Miejsce betlejemskie” nie było czasu.
Poprzednia wycieczka Andrzeja, obecna Ani czy następna prowadzona przez Leszka, to wyścig z czasem by zdążyć jeszcze w licznej grupie przed zimą, która choć piękna, wielu rowerzystów odstrasza chłodem. Skoro jednak to nasze wycieczkowe Trio tak sobie dobrze radzi, to przedłużamy im licencję na prowadzenie wycieczek do wiosny…
Druga wycieczka z serii “Bliżej natury” zorganizowana i w sposób bardzo merytoryczny prowadzona przez Andrzeja. Rezerwat przyrody Góra Zelejowa – Jaskinia Piekło Skibskie – Chelosiowa Jama (szczegóły w zakładce “Ogłoszenia” z dn. 9.09.2021). Dystans ok 50km, wzięło udział 16 osób.
Pisząc ten tekst popijam herbatę z prezentu, sięgając po karmelki ze szklanej szkatułki, podarowane nam, czyli Redakcji, przez Dorotkę oraz Anię podczas bodzentyńskiego święta. Bardzo dziękujemy.
Spośród walorów krajobrazu ważnych dla trekkingowych rowerzystów, urozmaicona rzeźba terenu wydaje się być na pierwszym planie. Oczywiście pozostałe również mają znaczenie. Któż bowiem nie lubi wygodnych dróg rowerowych, ciekawych obiektów, przytulnej agroturystyki czy choćby wiat ze szczelnym dachem. Jednak to ciekawa rzeźba jest kontekstem dla reszty i dla atrakcyjności krajobrazu znaczy tyle, co niewymuszony uśmiech dla kobiecej urody. Nie oznacza to bynajmniej, że deprecjonujemy krajobrazy nizinne. Są dobre jak małżeństwo z długim stażem – wszystko jasne aż po horyzont, może bez intrygujących widoków, za to z bezpiecznym poczuciem kontroli nad zdarzeniami… Ileż to razy jadąc pod świętokrzyską górę myślę o jeździe po równym do podwarszawskiego Powsina… Jednak wiadomo, że ważnym punktem programu, obok samej jazdy i zwiedzania obiektów, jest podziwianie widoków. Ale jakże na równinie cokolwiek podziwiać, jak nam nizinne piękno kukurydza zasłania…
Andrzej to wytrawny koneser przyrody, dlatego wycieczkowe atrakcje dobrał we właściwych proporcjach. Jednak rzeźba terenu była główną ozdobą wycieczki.
Zaczęliśmy od rezerwatu przyrody Góra Zelejowa. Bez żadnej przesady Zelejowa to swoiste Centrum Rzeźby Polskiej. Oczywiście rzeźby naturalnej począwszy od makroskali w postaci malowniczej wapiennej grani, po mikrorzeźbę w formie lejów czy znanych z podręczników żłobków krasowych. Wyrobiska poeksploatacyjne dopełniają urody tego miejsca. Niezbyt wysokie wzniesienie (360m n.p.m.) oferuje ponadto nieproporcjonalnie rozległy horyzont wypełniony wszystkim co charakterystyczne dla ziemi świętokrzyskiej.
Patrząc na malownicze krajobrazy z Zelejowej czy Kopaczowej, ciągle jednak miałem przed oczyma widok ze wzgórza w okolicach Bęczkowa podczas wycieczki urodzinowej Towarzystwa. Ten widok, właśnie dzięki urozmaiconej rzeźbie, przebił wszystkie inne – daleki horyzont z unikalną perspektywą i wyraźnym choć ulotnym podziałem na pięć widokowych planów! Trochę to przypominało żywot człowieczy. Na pierwszym planie dziecięca szczerość, której jeszcze nic nie zakłóca, brzydota i piękno jednakowo wyraźne, nieprzekłamane. W kolejnym, pierwsze tajemnice młodości zaczynają skrywać detale, czarno – białe sądy tracą wyrazistość, by niepostrzeżenie przejść w plan wieku dojrzałego, gdzie to co było prawdziwe, zanurza się we mgle poprawności, pozorów i kompromisów, zmieniając się powoli w dalekie niewyraźne plany coraz bardziej wyblakłej starości, aż się całkiem rozmazuje i zlewa z ledwie zarysowaną linią nieboskłonu… Przestrzeń dla krajobrazu i czas dla ludzi są tu w istocie tym samym, ukazując zmiany między początkiem i końcem…
Myślę że nawet wybitny Cartier Bresson – zwolennik wielu planów w fotografii, gdyby żył, byłby kontent z bęczkowskiego widoku.
Jaskinia Piekło Skibskie w Paśmie Zelejowskim to kolejny odwiedzany tego dnia obiekt związany z krasową rzeźbą terenu. W stosunku do pobliskiego Raju, Piekło pod względem atrakcyjności to szara myszka. Ździebko przypomina pustą piwnicę, z której wybrano ziemniaki na wiosnę. “Piekielna” szata naciekowa jest tak licha, że przypomina mysie sutki, będąc schronieniem jedynie dla małego motylka. Ponadto pogłębiający się deficyt opadów nie daje nadziei, że kras w Piekle nabierze wigoru. Za to jaskinia jest ciągle otwarta dla darmowego zwiedzania i nie ma tych wszystkich antropopresyjnych problemów, z którymi boryka się jej rajska siostra.
Szczęśliwym pogodowym trafem udało się zrealizować tę wycieczkę. To dobrze, bo można będzie używać jej wspomnień do przyrodoterapii w porze rychłej jesiennej pluchy.
1. Kielce – Kielce zalew – Dąbrowa – Brzezinki – Ciekoty – Św. Katatarzyna – Bodzentyn. Prowadził Stasiu. Dystans ok. 30 km, wzięło udział 12 osób.
2. Kielce – Bodzentyn – Kielce. Dojazd do Bodzentyna po północnej stronie Bukowej Góry. Prowadził Andrzej. Dystans ok 40 km, wzięło udział 7 osób.
Trasa powrotna
Bodzentyn – Święta Katarzyna – Krajno – Bęczków – Mąchocice – Cedzyna – Kielce. Prowadził Andrzej, Dystans ok. 32 km, wzięło udział 18 osób. Oba dni słoneczne z temp. 19 st.
Jak ten czas zleciał… to powiedzenie, które zwykle jest wyrazem nostalgicznej refleksji, dla nas w Towarzystwie jest tylko zwyczajnym pytaniem, na które odpowiedź jest oczywista – dobrze zleciał! Chociaż od powstania Towarzystwa minęły dwa lata, to upływ czasu znaczących strat nie poczynił. Dzieje się tak dlatego, że opanowaliśmy przyjemne sposoby jego spędzania. Tak czy owak, nasza kondycja rowerowa, choć nie jest celem samym w sobie, pozostaje w górnej strefie stanów wysokich, podobnie jak wycieczkowy nastrój, który tylko dzięki dobrym manierom nie przekracza stanów alarmowych…
To było spotkanie towarzyskie, z udziałem gości: Iwonki, Dzidka oraz Fredka, którym dziękujemy za przyjęcie zaproszenia. Turystyki rowerowej było w nim tyle, żeby wystarczyło na przyjazd do Bodzentyna oraz powrót drugiego dnia do Kielc, chociaż powrót pod kierownictwem Andrzeja był atrakcją samą w sobie.
Pozornie można sądzić, że była to typowa impreza integracyjna. Nic bardziej mylnego. Towarzystwo nie spotyka się w celu integracji, tylko właśnie dlatego, że jest zintegrowane. To ważne rozróżnienie, którego konsekwencje wpływają na atmosferę spotkania i nastrój uczestników.
Nasze spotkanie rocznicowe przypominało trochę wspaniałe wiejskie wesela na Ponidziu w latach siedemdziesiątych. Może z tą różnicą, że tego spotkania nikt nie sponsorował np. żywym kogutem własnego chowu.
Jednym z ważniejszych wydarzeń wieczoru było wręczenie dorocznych nagród “Srebrnego Jaja”. Kanwę tegorocznych wyróżnień stanowiła pochwała szczodrości oraz radości życia. Dlatego laureatami nagrody zostali:
BasiaZa osobowość ukształtowaną w duchu pierwszej Paramity oraz jej pozytywne oddziaływanie na naszą rowerową społecznośćDorotaZa osobowość ukształtowaną w duchu czwartej Paramity oraz jej pozytywne oddziaływanie na naszą rowerową społecznośćAdam vel DzidekZa gościnność omotenashi w wydaniu staropolsko – przedborskim oraz jej szlachetny wpływ na naszą rowerową społecznośćFredekZa gościnność omotenashi w wydaniu staropolsko – przedborskim oraz jej szlachetny wpływ na naszą rowerową społeczność
Laureatom gratulujemy i dziękujemy.
Aby nie zanudzać, nie podajemy wycieczkowej statystyki, choć była imponująca mimo przeciwności. To wszystko dzięki liderom przygotowującym oraz prowadzącym wycieczki jak również uczestnikom, którym się chciało wyściubić nos w nie zawsze przecież słoneczną i ciepłą niedzielę. W ostatnim roku rowerowym (27.10. 2020 – 26.10.2021) największą aktywność w prowadzeniu wycieczek wykazali ex aequo: Ania, Andrzej oraz Leszek. Ania wprawdzie nieco ustępuje kolegom w ilości prowadzonych wycieczek, lecz z powodzeniem to kompensuje unikalnym mixtem wdzięku, bezpretensjonalności i menadżerskiego talentu. Pozostali liderzy: Henio, który w spektakularny sposób zaznaczył swoją aktywność w tym roku, nowo pozyskany do teamu Marek, Stasiu, Sławek oraz debiutantka Gosia, to nasze rezerwy na kolejne lata. Zaleca się jedynie aby Sławek przeszedł niewielką korektę mentalną. Dlatego Towarzystwo deklaruje opłacenie mu specjalnej terapii zniechęcającej do prowadzenia wycieczek po autostradach i drogach szybkiego ruchu.
Wszystkim naszym liderom serdecznie dziękujemy.
Godzi się także wspomnieć o aktywności biesiadnej uczestników, bez której nasze spotkanie nie przypominałoby słynnego wydarzenia z 1364 roku…
Kulinarny rodzaj zaangażowania, to sprawdzony składnik udanej imprezy, jak również przejaw identyfikacji z Towarzystwem. Uroczystą część wieczoru zainaugurował pyszny tort, podobnie jak w roku ubiegłym, przygotowany przez Anię, tym razem według nowatorskiej technologii inspirowanej strukturą skał warstwowych.
Płynny balans dla tortu stanowił oryginalnie podrabiany węgrzyn z suszonego głogu, niezawodny środek na te oraz inne sprawy, choć przyznać trzeba, że nie wytrzymał konkurencji z cytryńcówką i tarninówką Fredka, dereniówką Basi, czy innymi specyfikami na spirytusie. Toastową część wieczoru, jak przystało na rangę spotkania, zainaugurował daleki kuzyn szampana Dom Perignon. Odpowiedzialność za mięsną kaloryczność przyjęcia wzięły na siebie pieczone schaby przyrządzane przez Basię i Jolę według przepisów stosowanych w czwartym pokoleniu, oraz autorska pieczeń szybkowarowa Doroty. To wszystko zwieńczone aromatem wyśmienitych kiełbas, wędzonych na złoto w zimnym dymie, przywiezionych przez Stasia, tudzież sałatek Małgosi, Joli, Agnieszek oraz Gosi. Agnieszki również zadbały o to, aby na imprezie firmowanej Srebrnym Jajem nie zabrakło tego szlachetnego nabiału w hurtowych ilościach.
Dopełnieniem łakomstwa był festiwal ciast i ciasteczek oferowanych przez naszych gości z Przedborza, znaną kigarowską firmę Basia, Monikę, Kasię oraz chleba z piekarni Ania. W opinii słodko – smakowych łasuchów, to były produkty godne prestiżowych sweettargów.
Pamiętaliśmy oczywiście o tym, aby kuszącą słodkość krokantu przełamać śledziową sałatką Małgosi, a mówiąc wprost – zakąsić…
Zorganizowaliśmy to wszystko dla własnej przyjemności, a odnotowaliśmy dla potomnych aby wiedzieli, że kiedyś byli mili ludzie, smaczne jedzenie, przyjemna muzyka, wyszukane tańce, wesołe oraz nadobne pieśni, słowem – dobre rowerowe czasy…
Wycieczka prowadzona przez Andrzeja z cyklu “Bliżej Natury” pod hasłem “Dąb Jędruś zaprasza” Trasa wycieczki: Kielce – Borków – wiata Murawin – Szczecno – Skrzelczyce – Radomice – Marzysz- Dyminy – Kielce. Dystans ok. 70 km, wzięło udział 19 osób. Zachmurzenie z przejaśnieniami temp. ok 20 st., duża wilgotność powietrza z komarami.
Intencją Andrzeja było prowadzenie wycieczki bliżej natury, a hasło “Dąb Jędruś…” sugerowało, że chodzi o naturę przyrodniczą. Obiekty spotykane na trasie skłaniały również do refleksji na temat natury ludzkiej. Zwłaszcza że przyroda, trochę zmęczona latem, w spektakularny sposób nie przyciągała uwagi, jako że nie zdążyła się jeszcze przebrać w złote szaty.
O ludzkiej naturze pomyślałem gdy przejeżdżaliśmy z Radomic do Morawicy, opodal zrekonstruowanego stanowiska niemieckiego czołgu Panther. Obok tablica ze wspomnieniami dowódcy 2 kompanii ppanc. Klausa jakiegoś tam. Nie jest jasne czemu to ma służyć. Niedaleko, na radomickim cmentarzu stoi krzyż ufundowany przez Niemców. W zamyśle fundatorów ma to być symbol pamięci i pojednania – pamięci o poległych na tym terenie żołnierzach, oraz pojednania potomków okupantów z potomkami ofiar.
Polakom pamięci po niemieckich “żołnierzach” poprawiać nie trzeba. Ma choćby postać hitlerowca rozpruwającego bagnetem małemu chłopcu koszulę, z której się wysypuje kilka marchewek stanowiących nadzieję na przeżycie jeszcze jednego dnia. Trudno też zapomnieć obóz koncentracyjny dla dzieci w Łodzi, pilnowany przez tychże “żołnierzy”, maluchy podwijające rękawki, by pokazać obozowe numery Auschwitz czy inne bestialstwa tak zwyrodniałe, że nie sposób o nich mówić. Choćby w ostatni piątek podano informację o odnalezieniu ośmiu listów pisanych przez dzieci z niemieckiego obozu koncentracyjnego w Łodzi do swoich rodzin. Mimo niemieckiej cenzury, ich lektura jest wstrząsająca. Jeszcze i teraz tę pamięć utrwalają ofiary niewybuchów. Właśnie z tysięcy takich świadectw o niemieckich “żołnierzach” jest zbudowany nasz krzyż pamięci. Trudno sobie wyobrazić, że to się mogło dziać w Europie w XX wieku.
W 2019 r. podczas corocznych uroczystości pod krzyżem w Radomicach, przedstawiciel niemieckiej delegacji zaznaczył: “Krzyż Pojednania przypomina wszystkie trudne chwile [sic!] minionej wojny”. Dobre sobie! – zaledwie kilkadziesiąt lat wystarczyło by zbrodnie zmieniły się w “trudne chwile”. Absurdu dopełnia przemówienie przedstawiciela gminy podczas wspomnianego spotkania: “Oddanie czci poległym w pancernej bitwie to nasz wspólny obowiązek…” Zanim się coś powie, zwłaszcza publicznie, należy sprawdzić znaczenie używanych słów. Oddawać cześć, znaczy okazywać szacunek i deklarować pamięć w kontekście tegoż szacunku. Zatem apel o okazywanie szacunku dla ciemiężycieli to zaiste umysłowa aberracja lub jakiś syndrom sztokholmski! Widać wyraźnie, że celem inicjowanych przez Niemców spotkań tego typu, jest unifikacja pamięci o oprawcach oraz ich ofiarach, relatywizacja mająca na celu niszczenie pamięci historycznej. Na myśl o takim “pojednaniu” niektórym z nas robi się niedobrze…
Polityka to wyrafinowana gra i jeśli się w nią grać nie umie, to stosownym wyrazem pojednania niech pozostanie wspólna modlitwa do Pana o przebaczenie win.
Trasa wycieczki 18.09.2021: Czarnca-Żelisławice-Kuźnica-Maluszyn-Ciemiętniki-Kluczewsko-Włoszczowa-Czarnca. Dystans 63 km. Prowadził Andrzej. Udział wzięło 14 osób.
Trasa powrotu 19.09.2021 r.: Czarnca-Kąty-Konieczno-Zalesie-Lasochów-Mieronice-Karsznice-Bocheniec-Szewce-Zalesie-Kielce. Dystans ok. 70 km.
Mimo pogodowych przeciwności wszystko się pięknie odbyło, było mokro, rowerowo, imprezowo – tanecznie i miło. Nie mogło być inaczej, wszak gwarantem przedsięwzięcia były umiejętności towarzyskie uczestników, wsparte talentem organizacyjnym Ani, oraz kunsztem przewodnickim Andrzeja. Całość pod duchową opieką hetmana polnego koronnego Stefana Czarnieckiego.
Trasa wycieczki: Kielce – Chęciny – Korzecko – Jedlnica – Mosty – Starochęciny – Przymiarki – Lipowica zalew – Brzeziny – Bilcza – Kielce. Z Lipowicy grupa czteroosobowa pojechała do Kielc przez Nowiny. Wycieczkę prowadził Marek. Dystans 60 km, wzięło udział 16 osób.
Zgodnie z intencją prowadzącego, głównym celem wycieczki był zalew w Lipowicy, zwłaszcza że pogoda sugerowała ten typ relaksu. Żaden cel turystyczny nie zdoła jednak skupić na sobie całej uwagi. Tym bardziej że prędkość rowerowa pozwala rozglądać się na boki bez szkody dla zdrowia. I tak np. jadąc przez Starochęciny nie sposób nie zauważyć oryginalnego kościoła tuż koło drogi. Pomimo tego nie pamiętam aby szczególnie zajmował naszą uwagę, mimo że przejeżdżaliśmy tamtędy wielokrotnie. Jest okazja żeby to naprawić, zwłaszcza że lipowicki zalew był omawiany przy innej okazji.
Kościół pod wezwaniem św. Stanisława w przewodnikach czy materiałach promocyjnych przedstawiany jest jako obiekt barokowy. Na zewnątrz tyle tego baroku co kot napłakał, ponieważ centralną część zwieńczoną kopułą, oblepiają cztery klasycystyczne przęsła stanowiące plan równoramiennego krzyża greckiego. Jakby klasycyzmu było mało, to jeszcze architekt dołożył dwie wielkie dzwonnice, które niepotrzebnie konkurują z główną bryłą niewielkiej świątyni. Ten mariasz stylów bynajmniej nie dziwi, koniec XVII w. to okres gdzie barok był już wypierany przez klasycyzm. Barok w sąsiedztwie klasycyzmu wygląda pięknie czego dowodem jest Sankt Petersburg, natomiast żeby je udatnie połączyć w jedno trzeba trochę talentu. Projekt kościoła w Starochęcinach jest przypisywany znanemu architektowi tych czasów Tylmanowi z Gemeren. Wszystko wzięło się stąd, że jest to obiekt podobny do kościoła Bernardynów na warszawskim Czerniakowie autorstwa Tylmana. Może i podobny, lecz czerniakowski jest jednak lepiej zaprojektowany. Nie każdy bowiem przepada za uporczywą symetrią, a w Starochęcinach przerost formy nad funkcją aż bije po oczach. Po diabła komu dwie dzwonnice skoro wystarczy jedna. Ta druga, jak przypuszczam, jest ofiarą dążenia żeby być w zgodzie z kanonem – trochę to neofickie.
Jeśli lokalni regionaliści chcą wierzyć w autorstwo Tylmana to proponujemy dwie sardoniczne narracje:
– kościół w Starochęcinach był budowany wcześniej niż Bernardyński, więc może Tylman dopiero się uczył fachu, ale widać że szybko się uczył, bo między tymi realizacjami upłynęły zaledwie trzy lata…
– Tylman znany był z tego, że niechętnie uczestniczył w procesie budowy projektowanych przez siebie obiektów, stąd może lokalny wykonawca, źle odczytał zamysł architekta…
Śledząc dzieje kościoła można spekulować na temat powodów dla których jest zbudowany na planie krzyża greckiego, co jest nietypowym założeniem w regionie świętokrzyskim. Być może dlatego, że w zamyśle fundatora miała to być również kaplica grobowa. Kaplice o tym przeznaczeniu budowano wówczas często na planie centralnym.
Historyk zapewne próbowałby dociec co skłoniło carskiego generała, dzierżawcę dóbr chęcińskich, do wyłożenia sporych funduszy na gruntowny remont kościoła, który pod koniec XVIII w. był mocno zaniedbany. Nie wykluczone że zrobił to ze względów sentymentalnych. Wystarczy bowiem w wyobraźni dach dwuspadowy na przęsłach zastąpić łukowym sklepieniem, kopułę pomalować na zielono, ściany na biało i pskowska cerkiewka gotowa.
Sens tego tekstu jest taki, że nie musimy w swoich sądach być związani opiniami innych, bowiem zapamiętywanie nawet prawd oczywistych, jest gorsze od myślenia, choćby prowadzącego do mocno subiektywnych wniosków. Turysta może sobie pozwolić na tego typu myślową swawolę, wszak jej rezultaty nie przynoszą szkody, a zawsze się trochę głowę rozrusza. Poza tym ze swawolenia jest sporo przyjemności…
PS. To była już trzecia wycieczka nad lipowicki zalew po rewitalizacji, i zawsze przy pięknej pogodzie. Troje prowadzących: Leszek, Ania i Marek – gwarantowało trzy dobrze spędzone niedzielne przedpołudnia.
Trasa wycieczki: Kielce – Wiśniówka – Kajetanów – Barcza – leśną drogą wywozową w kierunku Ciekot – Cedzyna – Kielce. Wycieczkę prowadził Andrzej. Dystans 50 km. Wzięło udział 16 osób.
W zamyśle prowadzącego wycieczka miała być turystyczno – rekreacyjna i taka była. Ktoś powie, to nic nowego, przecież wszystkie nasze wycieczki są turystyczno – rekreacyjne. Otóż niekoniecznie. Dominacja turystyki nad rekreacją w stylu ”Jeśli dzisiaj wtorek to jesteśmy w Belgii” ma miejsce nie tylko w amerykańskiej komedii… Andrzej te dwie formy połączył umiejętnie. Należało się bowiem zatrzymać w Kajetanowie przed pomnikiem Żołnierzom Września, żeby odświeżyć pamięć o tych wydarzeniach po 82 latach, a także pojechać do Barczy nad malownicze jeziorko z brzegami z kwarcytowych piaskowców. Te oraz inne miejsca były zarówno pretekstem do jazdy rowerem oraz jednocześnie celem realizowanym z rowerową pomocą. Dlatego wycieczka przypominała fachowo szejkowany koktajl. Niezbyt mocny, jako że 50 km nikomu nadmiernie w nogi nie poszło, o dobrych proporcjach, bo żadnego z koktajlowych składników nie było w nadmiarze, a szczególnie pośpiechu, który wycieczkom i koktajlowej degustacji jednakowo szkodzi…
Skądinąd gdyby piaskowce z Barczy pozbawić krzemionkowego spoiwa, byłyby co najwyżej surowcem na osełki. My w Towarzystwie mamy swoje, równie mocne więzi, które trzymały Sławka by nie jechał szybciej niż trzeba, za ich sprawą Dorota załatwiła Andrzejowi oraz Heniowi festynową grochówkę w Ciekotach, Ania zbierała grzyby wiedząc, że jej nie zostawimy na pastwę wilków, Monika pokrzepiała krówkami, a Małgosia z Jarkiem rozpalili nam w Cedzynie ognisko, na którym Rysio z podstępną pomocą Henia, mógł grillować “swojską” w bardzo innowacyjny sposób.
Dziękujemy Andrzejowi za tę wycieczkę, gdzie się działy dobrze zestrojone rzeczy małe i duże.
Trasa wycieczki: Kielce – Białogon – Jaworznia – Piekoszów – Wincentów – Snochowice – Kuźniaki – G. Perzowa – Niedwiedź – Oblęgor – Oblęgorek – Szczukowskie Górki – Kielce. Wycieczkę prowadził Leszek. Z Kielc wyjechało 21 osób, do celu dotarło 10. Dystans 75 km.
Leszek poproszony o poprowadzenie ostatniej sierpniowej wycieczki, zaproponował Perzową Górę. To miejsce, które może satysfakcjonować z wielu powodów.
Mimo deszczowo – dżdżystej pogody, połowa grupy dotarła do celu, niektórzy byli nawet gotowi podróżować łodzią, lecz stan wody tego dnia był w Piekoszowie wyjątkowo niski.
Słabsi duchem wybrali bardziej lajtową wersję wycieczki, sfinalizowaną “czakramem Kruszelnickiego”. Swoją drogą ppor. Zbigniew Kruszelnicki, odważny dowódca oddziału dywersyjnego AK, chyba nie byłby szczególnie kontent, że kilkoro wycieczkowych dezerterów schroniło się w miejscu nazwanym Jego imieniem.
Dobrze się stało, że najwytrwalsi zrealizowali plan. Perzowa Góra, to niezbyt wysokie wzniesienie, nawet jak na świętokrzyskie warunki (395 m. n.p.m.) za to o dość stromych zboczach. Dlatego jest atrakcyjne dla prozdrowotnych piechurów trzeciego wieku, zarówno zwykłych jak również kijkowych, preferujących wchodzenie bez schodów. To bowiem umożliwia im, coraz powszechniej uprawiane, nadwyrężanie stawów przy umiarkowanym wysiłku.
Dla miłośników geologii wprawdzie to nie jest np. dawny kamieniołom Ciosowa z piękną ścianą piaskowca, lecz zaburzenia tektoniczne złóż czerwonych piaskowców triasowych też się tu ciekawie eksponują.
To również świetne miejsce dla amatorów modnych obecnie tzw. “miejsc magicznych”, w czym niewątpliwie pomagają porozrzucane w nieładzie omszone bloki skalne, pozostające w wilgotnym, tajemniczym mroku starej buczyny.
Magii dopełnia osobliwa kapliczka św. Rozalii, wytwór człowieka i przyrody, dobrze “owiana” legendami. Nie wiadomo kiedy i dlaczego powstała, dlatego stanowi atrakcję dla miłośników legend czy ludowych podań, począwszy od głównej o chłopie Perzu oraz innych pomniejszych. Co bardziej kreatywni mogą wymyślać nowe legendy i składać je jako wota w kapliczce.
Będą za to wdzięczni przewodnicy turystyczni, ponieważ ci lubią opowiadać turystom to, czego turyści chcą słuchać, a od dawna wiadomo, że opowiadanie bajek najlepiej skupia naszą uwagę. Abstrahując od powyższego, polityczna rzeczywistość daje wiele dowodów na to, że jednak opowiadanie niestworzonych rzeczy bardziej leży w interesie opowiadających niż słuchaczy…
Niewykluczone, że część z nas potraktowała wycieczkę na Perzową Górę jako pielgrzymkę. Święta Rozalia Sycylijska, patronka kapliczki, jest bowiem, obok św. Rocha, ceniona za wstawiennictwo w sprawach wszelkich epidemii. Św. Rozalia ur. w XII w. ma na tym polu spore sukcesy. Według przekazów, w XVII w., a więc już mocno pośmiertnie, ocaliła Palermo od zarazy.
Góra Perzowa wydaje się być również dobrym miejscem do kontemplacji. Muszę ją polecić mojej znajomej, która po przeczytaniu psychoporad w pewnym fioletowym czasopiśmie, próbuje nawiązać dialog ze swoją intuicją…
Należy wierzyć, że większość z uczestników podczas tego wyjazdu zrealizowała jakiś cel pożyteczny, bo ofertę Perzowa Góra ma bogatą. Dziękujemy Leszkowi, a w imieniu Leszka także tym, którym się wydaje, że jechali bez celu…
Tekst MS; fot. Zbyszek, Dorota, Sławek
*Tytuł sprawozdania zapożyczony od Thomasa Manna z szacunku dla rowerowej pasji noblisty, o której tak wspominał: “Byłem w tych latach tak namiętnym cyklistą, że nie robiłem prawie kroku pieszo i nawet w ulewny deszcz, w kaloszach i lodenowej** pelerynie, jeździłem wszędzie na rowerze. Wnosiłem swój wehikuł do mieszkania na trzecim piętrze, gdzie miał stałe miejsce w kuchni. Przed południem, po pracy, zawsze odwracałem go kołami do góry i czyściłem. (…) W letnie popołudnia jeździłem z książką na kierownicy do lasku w Schleissheim”. (S. koło Monachium – w którym autor “Czarodziejskiej Góry” mieszkał ponad 40 lat – przyp. SM)
Źródło: Szkic autobiograficzny
**Loden – rodzaj tkaniny ze sfilcowanej wełny owczej, często z domieszką alpaki, o właściwościach “oddychających” i przeciwdeszczowych.